Być Tu i Teraz, czyli czego ważnego można nauczyć się od dziecka

Ten tekst chodzi już za mną od dłuższego czasu. Jakoś tak jednak nie mogłam się zebrać w sobie, żeby go napisać. Czasu też nie było.  A to ze względu na fakt, że za dużo zmian w naszej codziennej rutynie ostatnio. Zrezygnowaliśmy z posyłania Malucha do Tęczowego Domku, bo strasznie się tam drapał. Nie wiem do końca, czy to dlatego, że tam go coś uczulało, czy dlatego, że nie było mamy. Czy może po prostu coś mu nie odpowiadało (pani? za dużo dzieci?). Grunt, że trzygodzinne drapanie było dla niego męczące. A dla mnie stersujące było to, że w każdej chwili spodziewałam się telefonu, żeby go wcześniej odebrać. A płacić za cztery godziny, zżeby Młody drapał się tam przez dwie – bez sensu. Więc teraz jestem mamą na pełny etat. Męczący to etat, nie powiem. Ale jednocześnie fascynujący… No i… sprzyja pewnym przemyśleniom…

rodzina

Prawda jest taka, że siedzenie z dzieckiem w domu polega na nieskończonym wymyślaniu nowych zajęć. Choćby po to, żeby Młodego troszkę zmęczyć i tym samym mieć chwilę dla siebie (kiedy zaśnie). Ale też takie przebywanie z dzieckiem niemal przez całą dobę sprawia, że to dziecko się obserwuje, a czasem nawet funkcjonuje się jak ono. Tu i Teraz. Do tej pory w chwilach, kiedy nie byliśmy gdzieś (na basenie, placu zabaw, podwórku), Maluch się bawił, a ja sięgałam po telefon i sprawdzałam maila czy coś tam. Teraz tak być nie może, bo Młody potrafi się zająć sobą jedynie przez kilkanaście minut. Potem wymaga mojej uwagi… Tym samym zmusza mnie do bycia z nim. W rzeczywistości. Tu i Teraz właśnie. Zajmuje moje myśli tak, że nie wybiegam nimi w przyszłość. Nie analizuję przeszłości. I… w tych momentach czuję się naprawdę Szczęśliwa!

Oczywiście nie zauważyłabym tego, gdyby nie praktyka jogi, która właśnie uczy uważności. I gdyby nie fantastyczny weekend z joga nidra, prowadzony przez Patrycję Gawlińską. Takim punktem skłaniającym tu do refleksji była dyskusja o zmysłach. I o tym, w jaki sposób sprawić, żeby to nie one nami rządziły, ale żebyśmy my wykorzystywali je. W jodze dąży się do tego, by być Idealnym Obserwatorem. Kimś, kto postrzega świat, postrzega też swoje uczucia i oczywiście wyciąga z tego wnioski. Ale nie daje się manipulować tym wszystkim zmysłowym odczuciom. Chodzi o to, by nie analizować, nie rozkładać na czynniki pierwsze tego, że ktoś trzy dni temu nie odpowiedział na mój uśmiech, burknął coś pod nosem w odpowiedzi na moje pytanie albo zrobił coś, co sprawiło mi przykrość. I może ta przykrość nie byłaby tak wielka, gdyby nie te trzy dni myślenia o niej. O tym, jaki ten człowiek był zły, jaka ja jestem beidna… Nagle problem wielkości pyłku urasta do rozmiarów głazu. I sprawia, że ja, myśląc o nim, trzymając się tej myśli o nim, sama się nakręcam. A przecież to bez sensu…

Przecież dużo lepiej jest zrobić tak, jak robi moje dziecko: nie dałam mu kredki, którą chciał. Awantura. No tak: czuje, jest mu źle. Jego jakaś potrzeba nie została w danej chwili zaspokojona. Jego oczekiwanie nie zostało zaspokojone. (U trzylatka problem kredki jest bardzo, ale to bardzo poważny). Płacze, bo jest mu źle, bo czuje się niefajnie… Ale… to trwa chwilę. Bo potem ma inną kredkę. I już jest w świecie tego czerwonego koloru. Już smaruje na kartce coś, co ma być zjeżdżalnią. I w tym smarowaniu esów-floresów jest całym sobą. Tu i Teraz. A tej awantury o kredkę zieloną już nie ma… W miejsce kredki można oczywiście włożyć dowolną rzecz, czy zdarzenie. Chodzi o to, że pojawiła się emocja. I potem zniknęła. Był płacz, był komunikat (w przypadku osoby dorosłej bardziej świadomej powinna byc po prostu obserwacja: jest mi źle). A kiedy to wybrzmiało, odpłynęło. I już nie ma. I nie zajmujemy się tym więcej… Bo jest co innego. Coś, co trwa Teraz.  W tym konretnym momencie… A kiedy odłożymy rysunek na stolik, będzie coś zupełnie innego – już nie myślimy o tym, co na rysunku zmienić, bo teraz gramy w Chińczyka. I najważniejsze jest rzucanie kostką. I liczenie, o ile pól się trzeba przesunąć…

I choć nasza percepcja, nasza świadomość – świadomość dorosłego człowieka – jest na innym poziomie, możemy czerpać od tej dziecięcej bezkompromisowości w byciu Tu i Teraz. Warto to dziecko więc poobserwować. I warto z nim być. Ale tak prawdziwie być. Jemu jest to potrzebne i pozwala wykształcić w sobie poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Ale nam też jest to potrzebne, żeby zrozumieć, że bycie Teraz jest po prostu fajne. I naprawdę daje szczęście…

P.S.
Oczywiście dotyczy to dzieci rozwijających się w tak zwanych rodzinach „normalnych”, nie w patologiach, gdzie rządzi alkohol, przemoc i inne takie. Bo takie dzieci często uciekają w świat fantazji, dorastają zbyt szybko i… no różne dziwne rzeczy się z nimi dzieją…

P.S.2
A gdy ktoś nie ma dzieci? Wtedy może medytować (ten, co ma dzieci też może!). Może zatracić się w swojej pasji (wiemy, że malarz, który właśnie tworzy obraz jest tą czynnością pochłonięty w 100%, tak jak piszący poeta czy pisarz, jak rzeźbiarz, czy jak sportowiec biegnący właśnie na wybranym dystansie). Jest wiele dróg uczenia się, jak być Tu i Teraz. U mnie wciąż są to tylko chwile. Ale już potrafię je zauważyć i docenić…

Advertisements

5 thoughts on “Być Tu i Teraz, czyli czego ważnego można nauczyć się od dziecka

    1. Oj to trudne… Ale jak już wiesz, że masz o tym pamiętać i świadomie łapiesz sie na rozpamiętywaniu – jest łatwiej… Przede mna jeszcze tez dużo pracy…

    1. Oj męczące. I zupełnie niefektywne. Bo co nam da umartwianie się czymś, co już było? Może tylko to, że przegapimy coś ważnego teraz…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s