Step by step, czyli o zmianach na talerzu…

Prawda jest taka, że należę do osób, które często poryaja się z motyką na słońce. A potem szybko im przechodzi i w swoich postanowieniach nie wytrzymują. Bo za duże tempo, zbyt wiele rzeczy naraz. I tak też jest z moją rewolucją żywieniową… Tym razem jednak bardzo mi zależy, żeby w końcu się zdrowo odżywiać. Więc jeszcze raz. od początku i po kolei…

kuchnia (1)

Problemem jest to, że chciałam wszystko a raz: weganizm, bezglutenowo, bez cukru, bez chemii… I moze by się to udało, gdyby nie kilka rzeczy. Po pierwsze w ostatnim czasie nie mam kiedy gotować. Lubię, uwielbiam wręcz. Ale nie mam kiedy. Efekt? Nie jem. Bo przecież postanowiłam sobie, że tego i tamtego nie. A że nie miałam czasu zastanowić się nad tym, co zjem kolejnego dnia, nie miałam też czasu pójść do sklepu. A potem z tych rzeczy, które powinnam była kupić, ugotować coś dobrego i coś zdrowego… I niby nic złego się nie działo. Bo jadłam sobie wiecznie to samo. Aż do czasu…

Ostatnio po prostu zaczęłam czuć się gorzej: wiecznie niewyspana, wiecznie coś mnie bolało, a jak tylko można by lo złapać infekcję, byłam pierwsza. Łapałam wszystko szybciej nawet niż moje trzyletnie dziecko, które jest alergikiem i które z racji tego na infekcje narażone jest bardzo mocno. I to wszystko sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać…

Najpierw zadałam sobie pytanie, po co tak naparwdę chcę zmienic swój sposób odżywiania? Tak szczerze, z ręką na sercu. Czy dlatego, że chcę się czuć lepiej, że chcę być zdrowa, czy moze dlatego, że chcę naśladować osoby, które podziwiam w mniejszym lub większym stopniu. A może to po prostu uleganie pewnej modzie? I czy to, jak jem obecnie tak naparwdę sprawia, że lepiej się czuję i ejstem bardziej szczęśliwa?

I wiecie co? Doszłam do wniosków zaskakujących. Oto okazuje się, że wcale nie czuję się lepiej. Ani fizycznie, o czym przed chwilą napisałam, ani tym bardziej psychicznie, czując się winna, że nie ugotowałam. Albo, że mam ochotę nie na to, co w założeniu powinnam. I wtedy posatnowiłam: posłuchać własnej intuicji. Po prostu jeśc to, na co mam ochotę. Ale taką ochotę prawdziwą. nie zachciankę na dobre ciasto. Bo wiem, że mój organizm lepiej od moich pomysłów wie, co mu jest potrzebne. Wiecie dlaczego ostatnio miałam ochotę na mięso, choc nigdy wczesniej specjalnie nie lubiłam? Bo mam za mało żelaza. I tak, wiem, można je zastępować. Ale kiedy wszyscy w domu jedzą kotleta, a na dodatek dziecku trzeba ugotować osobne jedzenie, nie masz już siły ani czasu na gotowanie sobie kolejnego obiadu. Dwa to i tak dużo. A trzeci jeszcze?

Postanowiłam więc zacząć od nowa, mając w pamięci słowa jednego z blogerów, na które trafiłam gdzieś przypadkiem: w tym moim systemie odżywiania najlepsze jest to, że w każdej chwili mogę przestać. Jak będę mieć ochotę… Przy okazji zbiegło się to z akcją, jaką na swoim blogu proponuje Szesliva: odtruwania, oczyszczania i odkwaszania organizmu. Postanowiłam więc skorzystać z jej doświadczen, ale wiele przeprowadzę też po swojemu. Dostosowując do swoich potrzeb. I kożystając z filozofii kaizen, czyli bardzo drobnych kroków. Oto więc plan na najbliższy czas:

1. Nie stresować się tym, że zjadłam coś, czego nie powinnam, bo miałam tak wielką ochotę.
2. Ustalić priorytety i poszczególne etapy, cele cząstkowe. Tu pierwszym jest odkwaszenie organizmu poprzez:
a) picie wody z cytryną rano, zamiast kawy na dzień dobry
b) ograniczenie spożycia kawy, czyli zamiast trzech ostatnio kubków dziennie stopniowo bedę zmniejszać ich ilość, najpierw więc będą dwa duże, jeden mały, potem dwa duże itd… W swoim własnym rytmie. Bez narzucania deadlinów i innych takich…
c) zwiększenie ilości spożywanych warzyw i owoców. Do każdego posiłku zjem przynajmniej jedno warzywo lub owoc. Porcję, czyli to, co mieści się w garści. Dodatkowo codziennie chcę robić sobie owocowo-warzywny koktajl. Z tych zielonych. Bo te uwielbiam, tylko często po prostu nie chce mi się ich robić…

W dalszych etapach mam zamiar powoli ograniczać cukier, gluten, chemię, w końcu chyba też nabiał. Ale zmiany będą wprowadzane tak stopniowo, żeby nie przeżyć szoku. I wrecz w sposób niezauważalny… Dzięki temu mam nadzieję odzyskać zdrowie i energię. I radość życia!

Trzymajcie więc za mnie kciuki!

Reklamy

2 thoughts on “Step by step, czyli o zmianach na talerzu…

    1. A ja chyba umiem, tylko po co? Znaczy… byl taki okres, kiedy nie piłam wcale. teraz zas piję dużo za dużo… jedna kawa w ciągu dnia jest ok… Ale takie trzy wielkie kubasy to hmmm… No po prostu czuję, że zamiast dodawać mi sił, zabiera mi je…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s