Książka jakby o niczym. A jednak…

To już ostatnia (póki co) książka Izabeli Sowy, którą przeczytałam w ostatnim czasie. Połknęłam ją tak samo, jak poprzednie. Nie potrafiłam się od niej oderwać. Choć… tak naprawdę to książka o niczym. Nie ma tu wartkiej akcji, nie ma bohaterów ratujących świat (lub choćby innych bohaterów). A jednak „Zielone jabłuszko” podobało mi się najbardziej ze wszystkich „owocowych”. Może właśnie dlatego?

DSC_0002 (2) 

Książka z innymi owocowymi ma wspólnego bohatera. Jest nim Bolek – w przeczytanych wcześniej przeze mnie powieściach poznajemy go, jako lekarza pogotowia – idealistę. Tu jest jednak nastolatkiem, który właśnie zdaje maturę. Nie on jednak jest głównym bohaterem. Tę rolę autorka powierzyła Ani – typowej nastolatce zamieszkującej polską prowincję w latach osiemdziesiątych. Jej mama wyemigrowała do Stanów, spełniając sen niemal wszystkich. Ojciec nieznany. Dziewczyna mieszka z babcią, dziadkiem i prababcią. Chodzi do szkoły, czytuje „Filipinkę”, słucha listy przebojó radiowej Trójki i podkochuje się w swoim idolu, do którego pisze listy. To właśnie te listy składają sieę na książkę. Opisują wszechobecną szarzyznę, brak towarów i stanie w kolejkach oraz zniechęcenie ludzi. I szkolną codzienność…

To nie jest książka trzymająca w napięciu. Nie zadajemy sobie pytań o to, co stanie się na kolejnej stronie, w kolejnym rozdziale. A mimo to mnie się podobała. Czytałam i czułam się troszkę jakbym oglądała stare polskie komedie w typie „Misia” czy „Rejsu”. Autorka z właściwym sobie zmysłem obserwacji szczegółu i poczuciem humoru przedstawiła świat PRL-u. Czasem absurdalny, czasem smutny… Tu nie ma owijania w bawełnę i kolorowania rzeczywistości. A jednak książkę czyta się przyjemnie…

Zwłaszcza, że można przy okazji powspominać trochę zapomnianych już rzeczy. Takich, jak choćby zapach czy smak gumy Donald (ja kupowałam w zwykłym sklepie, Ania – w Pewksie, ale ona jest ode mnie troszkę starsza chyba),  słynne tarcze szkolne, syfony, „Filipinkę”, którą kiedyś namiętnie czytywałam, a która teraz chyba już nie jest wydawana…

Polecam więc. Zwłaszcza, gdy komuś podobały się „Części intymne” lub „10 minut od centrum” tej samej autorki. A jeśli ktoś lubi wspominać polecam (znów!) fantastyczne posty z serii „Ocalić od zapomnienia” na blogu Przystanek Kłodzko, prowadzonym przez inną Anię;) Wszystkie do przejrzenia tutaj: KLIK.

A czytałam w ramach wyzwan: Książkowe podróże (prowincja polska i motyw emigracji do USA), Polacy nie gęsi, Pod hasłem (tym razem jabłuszko;)

Advertisements

2 thoughts on “Książka jakby o niczym. A jednak…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s