To, co zostało…

Jest miasteczko w południowej Polsce. Niewielkie. Raczej senne. Z herbaciarnią, zamkiem, na którym dziś funkcjonuje kawiarenka. Jest całkiem przyjemny Rynek. A nieopodal synagoga, w której obecnie jest muzeum. I zapuszczony cmentarz żydowski. I jeszcze uliczki, na których bruku dopatrzeć się można kawałków macew – żydowskich nagrobków…
Jest w tym mieście też muzeum-pomnik. A właściwie miejsce pamięci. Cmentarz, który rozciąga się na powierzchni kilku hektarów. Z murowanymi barakami, dziś zamienionymi na miejsca wystaw. I z barakami drewnianymi w pobliskiej wiosce…
Kiedy byłam tam pierwszy raz, z obowiązkową wycieczką klasową, zrealizowaliśmy program „minimum”: jeden czy dwa baraki, brama wjazdowa i do autokaru. Potem byłam na warsztatach polsko-niemiecko-żydowskich. I wtedy zwiedzanie całego obiektu zajęło nam łącznie 10 godzin, rozbitych na dwa dni. Uporanie się ze wspomnieniem z tamtej wizyty zajęło mi kilka tygodni. A teraz znów to wspomnienie ożyło: bezsilność. I kompletne niedowierzanie, że ludzie mogli innym ludziom robić tak nieludzkie rzeczy. I ten barak, w którym „mieszkały” dzieci. Ozdobiony przez innych więniów obrazkami. Namiastka normalności w piekle. I „Kanada”, gdzie wciąż można znaleźć jeszcze resztki sortowanych tu niegdyś przedmiotów. I ta ściana z fotografiami zamordowanych, zaraz koło „łaźni” i krematorium… Auschwitz-Birkenau* – miejsce, o którym nie potrafię zapomnieć. Miejsce, o którym przeczytana właśnie książka znów przypomniała. Boleśnie…

DSCN6102 

Obiecywałam sobie, milion razy, że nie będę czytać takich książek. A potem wystarczy jakieś wyzwanie, do którego książka pasuje. Albo opis na okładce. Taki, który sprawia, że sięgam po daną powieść… I czytam, byle skończyć jak najszybciej. Żeby już odłożyć na półkę i nie wracać. Ale takie książki nigdy nie opuszczają myśli tak szybko. Kiedy czytam, fizycznie to przeżywam. Chociaż nie było zimo, moje ciało drżało. Musiałam skończyć, bo wiedziałam, że ostatnia część będzie łagodniejsza, że wyciszy emocje. Pewnie dlatego tę liczącą ponad 550 stron pozycję przeczytałam w ciagu dwóch dni. Ale od początku…

Jodi Picoult to pisarka, po której prozę sięgam z przyjemnością. I choć wolę powieści polskie od amerykańskich, w tym przypadku wiem, że książka będzie niezwykła. Przemyślana, dopracowana fabuła. Ciekawy temat, wokół którego krąży cała akcja. No i oczywiście wątki poboczne, które jednak z głównym mocno się wiążą. Tym razem głównym tematem, nad jakim pochyla się autorka, jest kwestia kata i ofiary. Ich wzajemnych relacji. Próba zrozumienia tego, co odczuwali, co myśleli, jak działali oprawcy i ofiary podczas II wojny śwatowej.

Oto bowiem młoda dziewczyna, która sama wciąż zmaga się z żałobą po śmierci matki (za którą śmierć się obwinia), spotyka starszego mężczyznę. Zaprzyjaźnia się z nim, a wtedy ten odkrywa przed nią najbardziej skrywany sekret: że jest byłym nazistą, który pracował w czasie wojny w SS i był ważną personą w jednym z obozów koncentracyjnych. Sage nie tylko jednak staje się powiernicą sekretu starszego pana, ale także adresatką nietypowej prośby. Ten ponad dziewięćdziesięcioletni mężczyzna prosi ją bowiem o wybaczenie. I o to, by pomogła mu umrzeć. Pikanterii całej sparwie dodaje fakt, że Sage ma korzenie żydowskie. A jej babka, wciąż jeszcze żyjąca Minka, jest byłą więźniarką z Auschwitz-Birkenau… Sage o wszystkim powiadamia odpowiednie służby, zajmujące się ściganiem zbrodniarzy wojennych. W ten sposób do akcji wplątany zostaje Leo, dzięki któremu śledztwo postępuje, a Sage (i czytelnicy) mają okazję poznać historię obozów koncentracyjnych i holocaustu z dwóch stron: od strony kata i ofiary… Przerażającą historię, dodajmy…

Fabuła, opowiadana przez poszczególnych bohaterów, przetykana jest fragmentami fantastycznego opowiadania o potworze. Jak się okazuje te pozornie niezwiązane z fabułą fragmenty, bardzo łaczą się z opowiadaną historią. Baaa… ostatecznie dowiadujemy się, że odegrały one ważną rolę w czasach wojny i… mają ogromny wpływ na to, co dzieje się współcześnie. Dzięki temu książka jest jeszcze ciekawsza. Tym bardziej, że opowiadanie o potworach możemy odczytywać też jako alegorię. Czego? Historii kilku bohaterów…

„To, co zostało” to moim zdaniem majstersztyk. Dzieło sztuki. Powieść fanatstycznie przygotowana i napisana z dbałością o każdy szczegół. Fakt, że pisała ją Amerykanka (choć z pochodzenia Żydówka, niepraktykująca co prawda), stanowi tylko atut. Polaka czy Niemca nie byłoby stać na taki dystans. I na próbę odpowiedzi na pytanie, co kierowało katem. Bez usprawiedliwiania i przesadnego oskarżania. Bo choć opisy tego, co działo sie w czasach wojny, opisy życia obozowego są tu poruszające, mnie przede wszystkim zainteresował wątek opisujący relację ofiary i kata. I tego, co kierowało ich postępowaniem, także po wojnie. Dodatkowym atutem jest też fakt, że na rozwiązanie fabuły czekać musimy niemal do ostatniej strony. I… możemy poczuć się zaskoczeni, bo kiedy już właściwie wydaje się, że znamy odpowiedzi na wszystkie pytania, okazuje się, że prawda jest nieco inna.

Z tego powodu książkę polecam wszystkim. Mimo trudnych scen opisujących tragedię Żydów. Z resztą wychodzę z założenia, że o tej historii mówić trzeba. Głośno i wyraźnie. Po to, żeby już nigdy się nie powtórzyła. Choć, jak zauważa w książce Picoult, nie wszyscy wyciągają wnioski z historii i ludobójstwa wciąż zdarzają się na świecie – w Azji, w Afryce… Ale i tak wierzę, że im więcej o tym mówimy, tym większa szansa, że już nigdy więcej… Chrońmy więc to, co zostało: niewysadzone baraki, wspomnienia…

A książkę czytałam w ramach wyzwań: Grunt to okładka (dłonie z piaskiem czy ziemią), Czytam opasłe tomiska (552 strony), Książkowe podróże (akcja dzieje się w USA), Klucznik (niewspółcześnie – duża część książki to opowieść o latach II wojny światowej), 200 książek dookoła świata (USA), Wyzwanie Ksiażkowe 2015 (autorem jest kobieta), Stare dobre czasy (opowieść Minki, czyli około połowa książki, to czasy wojenne), Okładkowe Love (no ta okładka mnie zachwyca sama w sobie, niezalżznie od treści książki).

Advertisements

5 thoughts on “To, co zostało…

  1. Nie mogę odwiedzać takich miejsc.
    Nigdy nie kontrolowano w domu, co czytam, więc w klasie 5 wzięłam z półki „Dymy nad Birkenau” Szmaglewskiej… a więc nie mogę 😦
    Za wcześnie… za mocno przeżyłam 😦

    1. O ludzie… wierzę… Ale… w taim arzie, jak czytałaś na studiach literaturę wojenną. I jak jesteś w stanie omawiać ja z uczniami…? Przeparszam, ze tak wściubiam nos w nieswoje sprawy, ale baaardzo mnie to zaintrygowało… Ja bym chyba nie potrafiła poskromić swoich emocji…

  2. hmmm… taki trudny, ciężki, ale konieczny temat. Pompatycznie to zabrzmi, wiem… Ale mimo tego, że ciężko, że boli, trzeba czytać, trzeba pamiętać i trzeba wiedzieć.
    Do dziś mnie dziwi, że wyjazdy do obozów zagłady nazywa się „wycieczkami”. Ja się zawsze upieram nazywać to „wyjazdem”. Byłam trzy razy w takich miejscach. Nie sposób zapomnieć. I nie sposób poczuć się – po otrzepaniu się z rozpaczy, bezsilności, bólu, przerażenia i … – wdzięcznym i naprawdę szczęśliwym, że to czas inny.

    1. Popieram… To nie jest „wycieczka”… chociaż też nie ejstem pewna, czy dla piętnastolatka to dobry czas, by tam jechać. Mnie naparwdę siekło dopiero jak miałam lat ponad dwadzieścia. I wtedy mogłam naparwdę odebrać to wszystko, jako coś, co realnie się wydarzyło. Nie puste słowa i obrazki na scianie – jakaś abstrakcja…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s