Motywacyjnego kopa dostałam…

O zdrowym żywieniu mówi się teraz szczególnie dużo. Na półkach księgarskich znaleźć można mnóstwo ksiażek kucharskich: dla alergików, dla cukrzyków, dla wegan, dla bezglutenowców itd… I wszystkie one zawerają mnóstwo ciekawych faktów na temat tego, jak jedzenie moze leczyć i… jak może truć. O to ostatnie wcale nie jest trudno, skoro w wiekszości dostępnych produktów więcej jest chemii niż prawdziwego jedzenia…
Wiedziałam o tym już wcześniej. Jeszcze zanim sięgnęłam po książkę Beaty Pawlikowskiej. Wiedziałam, ale niewiele robiłam. Tłumaczyłam sobie, że przecież ja nie dam rady, że przecież nie da się wyeliminować chemii i że inni też tak jedzą i żyją. A potem przeczytałam „W dżungli zdrowia”, pojechałam na spotkanie autorskie z Beatą Pawlikowską, sięgnęłam po kolejne książki z serii…

DSC_0006 (2)

Ostatnio przeczytałam „Moje zdrowe przepisy”, które są właściwie książką kucharską z dość rozbudowanym wstępem. I jeszcze „Moja dieta cud”.  To one własnie sprawiły, że dostałam potężnego kopa do tego, by zmienić swój sposób odżywiania się….

Trudno nie zgodzić się z kameralną, która na początku stycznia na swoim blogu opublikowała recenzję ksiązki „W dżungli zdrowia”, że Pawlikowska troszkę ślizga się po temacie. Albo, że nie podaje konkretów, faktów naukowych. Bo nie podaje. Choć w „Mojej diecie” wyjaśnia, których składników i polepszaczy należy unikać (sacharoza, aspartam, glutaminian sodu, syrop glukozowo-fruktozowy), nie wyjaśnia, co kokretnie mogą powodować oraz jak działają. Prawie nie wyjaśnia. Bo pisze przecież, że to one odpowiadają za epidemię cukrzycy, nowotworów i nadciśnienia. Prawda jest jednak taka, że Pawlikowska przedstawia wszystko w sposób plastyczny i bardzo zrozumiały. No i mnie to wystarcza. Ok, sięgnę (na pewno!) po książkę Julity Bator („Zamień chemię na jedzenie”), bo ten temat mnie interesuje. Ale to nie znaczy, że nie doceniam Pawlikowskiej.

Bo przy swoim stylu, który czasem może przypominać opowiadanie dla dzieci, jest bardzo przekonująca. Już sam fakt, że dużo pisze o sobie i pokazuje swoje błędy sprawia, że ma się poczucie, iż można jej zaufać. Po prostu. Poza tym Pawlikowska wyraźnie w kilku miejscach zaznacza, że tu trzeba być uczciwym wobec siebie, a uczciwość oznacza też chęć poznania prawdy. Także na temat tego, co się je. Autorka zachęca do samodzielnego poszukiwania informacji o tym, co znajduje się w dostępnych w każdym sklepie produktach. Pisze też, że w kolejnym tomie, który już niedługo będzie wydany, napisze więcej na temat, jak sama to nazywa, „kłamstw naszej cywilizacji”, czyli właśnie o produktach light, sztucznych słodzikach itd.

A sama książka? Jak tytuł mówi, jest o diecie. O cudownej diecie, którą Pawlikowska przetestowała na sobie. W skrócie powiedzieć można, że polega ona na tym, by wyeliminować chemię. Chemię, czyli wszystko, co jest sztucznie stworzone przez człowieka w jakimś laboratorium. Inne zasady diety to: ruch na świezym powietrzu (najlepiej), picie dużej ilości wody, ograniczenie jedzenia nabiału i mięsa (ale nie jest tu Pawlikowska jakąś strasznie wojującą orędowniczką weganizmu, która uważa ten rodzaj odżywiania się za jedyny słuszny, po prostu mówi, dlaczego sama na weganizm przeszła, a że mówi przekonująco to już inna rzecz), odstawienie środków zmieniających świadomość i… zmiana nastawienia do odchudzania. Tutaj mamy nawiązanie do serii książek „W dżungli podświadomości”. Pawlikowska twierdzi, że jesli będziemy się odchudzać dla kogoś, żeby ktoś nas pokochał, zauważył, docenił i jeśli będziemy swoje ciało traktować jak wroga, nie dojdziemy do niczego, nie wytrwamy na diecie i… znielubimy się jeszcze bardziej. Bo wszystko, także odchudzanie (albo zmainę naywków żywieniowych) trzeba robić z miłości. Do siebie. I ja ten rodzaj myślenia popieram!

Książkę polecam wszystkim, którzy chcą się lepiej poczuć, którzy czują, że potrzebują jakiejś zmiany, złaszcza w kuchni i którzy bezskutecznie się odchudzają… Ale… trzeba być nastawionym do niej pozytywnie. Bo jeśli od pierwszej strony zaczniemy się z autorką kłócić i negować wszystko, co pisze, nie ma sensu tracić czasu – lepiej wrócić do pozycji, gdy uznamy, że warto zastanowić się chociaż nad tym, co w treści książki jest napisane…

A ja czytałam, oprócz tego, że dla siebie, także w ramach wyzwan: Polacy nie gęsi, Pod hasłem (wszak polskie i wydane w 2014 roku), Okładkowe love (no te truskawki ogromne KOCHAM!), wyzwanie książkowe 2015 (poradnik) i grunt to okładka (bo w końcu autorka na okładce trzyma jedną z tych truskawek w dłoniach…).

Reklamy

4 thoughts on “Motywacyjnego kopa dostałam…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s