Piątkowy wieczór z poezją: Kupujesz?

To powinno być tak: lampka dobrego wina (czerwonego koniecznie!), zapalona świeca, wygodny fotel, ciepły koc na kolanach… W dłoniach tomik wierszy, w tle muzyka, która łagodzi obyczaje. I smakowanie słów. Powolne pozwalanie, by te słowa mnie wypełniły, przeszły przez ciało i umysł. I duszę…

Rzeczywistość jest inna: połykanie słów po kawałku. Między jednym kęsem kotleta podawanym Maluchowi a drugim. Między napełnianiem szklanki zimną wodą i kolejnym łykiem zimnej już kawy. A jednak wciąż te słowa mają moc. Przewiercają, przechodzą na wskroś, nie dają o sobie zapomnieć. I są ze mną jeszcze długo po odłożeniu niewielkiej książeczki na bok. Tak działa poezja. Niezwykła…

DSC_0141

Kiedyś uwielbiałam czytać poezję. Zaczęło się chyba od olimpiady polonistycznej i wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. A może od tego tekstu, który podsunęła mi pani z polskiego, od wiersza Jacka Berezina, o którym do tej pory nie mogę zapomnieć? O wierszu ma się rozumieć…  Pamiętam, że czasem czułam taką ogromną ochotę, by kupić sobie tomik wierszy. Wchodziłam więc do księgarni i stałam przed regałem z poezją. I czułam się dziwnie, jakby wszyscy się na mnie patrzyli. Jak na kogoś innego. Bo kto dzisiaj czyta wiersze? Oprócz tych omawianych w szkole, a i z tymi bywa przecież różnie…

A potem sięgałam po wiersze coraz rzadziej. Nadal je czytałam, ale bardziej z konieczności: bo studia, bo trzeba było znać. Dawno nie zatopiłam się w tomiku poezji ot tak, dla przyjemności… Aż do dzisiaj.

Kilka dni temu mama przyniosła do domu tomik wydany przez jej koleżankę z pracy, moją byłą nauczycielkę. No, może nie tak do końca, bo miałam z nią raptem kilka lekcji w ramach zastępstwa. Ale za to brałam udział w pracach koła teatralnego, które prowadziła. A z racji tego, że jest znajomą mamy miałam okazję spędzić z nią wakacje na Mazurach, nieopodal Szczytna. Dawno temu to było, ale pamiętam domek, w którym mieszkaliśmy. I to, że pod samo ogrodzenie podchodziły sarny. I że właśnie podczas tego wyjazdu odbywała się Olimpiada, na której Paweł Nastula zdobył złoty medal w judo…

I teraz nagle dostałam w ręce wiersze, tak osobiste i tak poruszające, że wciąż siedzą w mojej głowie. W kilku słowach uchwycone jest tutaj sedno, istota sprawy, życie z całym bagażem. Bagażem kobiety doświadczonej, choć przecież jeszcze nie starszej. Bagażem żony, matki, nauczycielki… Autorka, odkrywa swoją duszę, a ja nieśmiało przerzucam kolejne strony. Bo wciąż mam przed oczyma tę nauczycielkę, mamę mojego kolegi i kobietę, z której mężem na wyjeździe narciarskim piłam wódkę (życie czasem potrafi zaskakiwać!). I widzę w tych wierszach autorkę. A jednocześnie odkrywam też cząstkę siebie – z innego pokolenia, z zupełnie innym bagażem doświadczeń i różnym przecież światopoglądem…

Tak, znam te teorie, że wiersz odbieramy w zależności od własnego doświadczenia życiowego. Że każdy tekst możemy odczytać różnie w różnym dniu, porze dnia. Pamiętam te zajęcia z teorii literatury, te niekończące się spory między zwolennikami dekonstrukcji i strukturalizmu. Ale kiedy czytam te wiersze, coś się ze mną kłóci. Wcale nie chcę analizować, nie chcę zastanawiać się, co autorka miała na myśli. Albo czego na myśli nie miała… Ja po prostu pozwalam słowom przejść przeze mnie. A potem obserwuję, co pozostawiły…

Ot choćby wiersz, chyba mój ulubiony. Albo raczej taki, który przemówił do mnie szczególnie mocno: „Stwarzanie świata”. Ksiądz Szymik, który tomik Danuty Mazur opatrzył swoim komentarzem mówi w kontekście tego wiersza o niepokoju, jaki wzbudza. A ja się zastanawiam, czy u mnie to też niepokój, czy może jakieś zaintrygowanie. Albo jeszcze coś innego… Nie wiem, jak nazwać te emocje, które budzi kilka dosłownie słów odpowiednio poukładanych. A jednak nie daje zapomnieć. Albo wiersz o fitnessie. Tak pradziwy i do bólu fizyczny. Obrazek zdjęty z maty do ćwiczeń, który nagle staje się kompletną metafizyką. A słowa „kult ciała”, jakich powrzechnie się dziś używa, dzięki temu wierszowi zyskują nowy wymiar…

Czy to poezja kobieca? Jak najbardziej. Kobieca, dojrzała. Ksiądz Szymik mówi też, że religijna. Być może, bo tak wiele nawiązań tu do religii. A jednak nie są one nachalne. Wychodzą naturalnie, pasują…

W ostatnim wierszu autorka pisze: „zamknąć w okładkach siebie” i dalej jeszcze: „obnażyć się przed nieznajomym (…) włożyć w jego ręce”. Trudne to musi być bardzo. Wymaga nie tylko pewności, że to, co wypłynęło z duszy i zamkniete zostało w słowach jest warte pokazania światu, ale i odwagi, bo oto nagle pokazuje się innym swoje uczucia. Często te ukryte głęboko… Często te, które zwykle skrywane sa dla wybranych: dla męża, dla dzieci, dla przyjaciół być może…

Autorka kończy tomik pytaniem: „Kupujesz?”. Ja kupuję tę poezję. Kupuję każde słowo, które znalazło się w tomiku. I wszystkich zachęcam do sięgnięcia po tę niebieską książeczkę: Danuta Mazur, „Piosenka o skrzydłach”. Wydawnictwo Miniatura (KLIK). Zielonego pojęcia nie mam, czy tomik można gdzieś nabyć. Ale gdyby ktoś chciał, mogę zapytać…

A pani Dance gratuluję tak udanego debiutu. I dziękuję za przypomnienie, jak przyjemne jest czytanie wierszy. I zainspirowanie do stworzenia nowego cyklu na blogu… Bo chciałabym kontynuować piątkowe wieczory z poezją. Raz w miesiącu chociaż. Co Wy na to?

Advertisements

One thought on “Piątkowy wieczór z poezją: Kupujesz?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s