Jak powstało Chile?

Chile – państwo położone w południowo-zachodniej części Ameryki Południowej. Graniczy z Boliwią, Peru i Argentyną. Niegdyś było kolonią hiszpańską, przez co do dziś mówi się tam w języku dawnych konkwistadorów. Dużo w kulturze współczesnego Chile znajdziemy też cech wspólnych z kulturą Hiszpanii. Ale oczywiście w wyniku hiszpańskich podbojów powstał tu prawdziwy miks kulturowy. A jak to się stało, że powstało w ogóle państwo, które dziś znamy jako Chile właśnie?

DSC_0145 

Historia tego kraju podobna jest do historii innych państw Ameryki Południowej. Niegdyś tereny te zamieszkiwali rdzenni mieszkańcy, Indianie, którzy toczyli między sobą walki albo żyli w pokoju. Aż do momentu, gdy zupełnie przypadkowo do Ameryki dotarł Krzysztof Kolumb. A zaraz za nim kolejni zdobywcy: z Hszpanii, z Portugalii, a na północy także z Wysp Brytyjskich. Przybywali tutaj w jednym celu: po złoto, którego miejscowi Indianie mieli mnóstwo. I któregow artości nie rozumieli. Bo dla nich było nieprzydatne. Przynajmniej na tym etapie rozwoju cywilizacyjnego, na którym byli w XV wieku. Naszym XV wieku…

Chile jawiło się przybyszom z Półwyspu Iberyjskiego jako kraina niezdobyta. Tereny te zamieszkiwał bowiem lub waleczny i przebiegły. Taki, który nade wszystko cenił sobie wolność. Bardziej niż bogactwa w rozumieniu białego człowieka. Bo przecież Indianie byli bogaci: mieli ziemię, która pozwalała uzyskiwać duże plony. I swoich bogów, którzy ich wspierali… Mieli czym się wyżywić, z czego zrobić stroje. Potrafili wykarmić swoje dzieci, bronić się przed znanymi im chrobami i niebezpieczeństwami czającymi się poza granicami wioski. Czegóż chcieć więcej? Stawiali więc opór dziwnym Hiszpanom, którzy za kompletnie nieprzydatny złoty kruszec gotowi byli walczyć na śmierć i życie. Którzy byli brutalni, którzy potrafili bić, gwałcić, znieważać, brać w niewolę, zmuszać do ciężkiej pracy i jeszcze siłą nawracali na swoją wiarę. W umysłach Indian wiarę brutalną i często niedorzeczną.

A jednak Hiszpanie się nie poddali i zakładali na terytorium Chile kolejne osady: najpierw Santiago, do dziś stolicę kraju, potem inne ważne miejscowości. Budowali swoje kościoły, wprowadzali swoje zwyczaje. Przywieźli wiele ciekawych i przydatnych zdobyczy Zachodniej Cywilizacji. Ale też wiele złego: nowe choroby, na które miejscowi znachorzy nie umieli znaleźć lekarstwa, śmiercionośną broń palną, obyczaje pełne przemocy, które do dziś są bolączką społeczeństw południowoamerykańskich (statystyki w kwestii przemocy wobec kobiet w tym rejonie są zatrważające…).

O tym wszystkim jest książka Isabel Allende, światowej sławy chilijskiej pisarki, „Ines, pani mej duszy…”. Książka jest opowieścią i, jak mniemam ze wstępu, pomnikiem wystawionym Ines Suarez – hiszpańskiej kobiecie, która na równi z mężczyznami zdobywała i zakładała państwo Chile. Czy jest to pomnik udany? Jak pisze autorka, o tej kobiecie często się zapomina, a przecież bez niej Chile po prostu by nie istniało. A jednak nie jestem pewna, czy po lekturze pałam do Ines sympatią i czy cenię tę kobietę za jej wkład w podbój Ameryki Południowej. Bo za upór, siłę, hart ducha – jak najbardziej podziwiam.

Ines pochodziła z biednej hiszpańskiej rodziny. Poślubiona mężowi, z którym nie łączyło jej nic, oprócz namiętności, postanawia w końcu wyjechać do Ameryki, gdzie jej małżonek wyjechał już jakiś czas wcześniej. Gdy dociera do Peru, które wtedy było w miarę stabilnym państwem rządzonym przez hiszpańskich gubernatorów, dowiaduje się, że jej mąż zginął. Nie wraca jednak na Stary Kontynent, ale towarzyszy, jako partnerka i kochanka Pedro de Valdivii w podoboju Chile. Wraz z nim zakłada Santiago i pracuje na rzecz rozbudowy miasta. W wyniku różnych kolei losu pośłubia potem jeszcze jednego zdobywcę, w ramionach którego odnalała szczęście i spokój. A pod koniec życia postanawia spisać swoje wspomnienia… Tak w skrócie opisać można fabułę powieści.

Oczywiście nie brakuje tu opisów podbojów, sytuacji politycznej, jaka w połowie XVI wieku panowała w Ameryce Południowej oraz trudów życia zdobywców terytoriów do tej pory zamieszkiwanych wyłącznie przez Indian. Ines w swoich opisach jest szczera. Tak samo otwarcie mówi o swoim życiu erotycznym, jak o niegodziwościach, jakich Hiszpanie dopuszczali się wobec rdzennych mieszkańców Ameryki. Nie potępia jednak jednoznacznie i stanowczo gwałtów i mordów, a przecież nosiły one znamiona regularnego ludobójstwa. I to w imię religii – z Bogiem na ustach i sztandarach. Mnie, kobiecie żyjącej w XXI wieku, która zna z lekcji historii przykłady innego mordowania w imię religii lub jakichkolwiek „wyższych racji” i która o podobnych wydarzeniach niedawno słuchać mogła w mediach, nie mieści się to w głowie. Nigdy nie potrafiłam przejść obojętnie nad bezsensownym wyrządzaniem komuś krzywdy. nad niesprawiedliwością usprawiedliwianą nakazami religijnymi a wynikającą tylko i wyłącznie z pobudek tak niskich jak żądza i chciwość.

Kiedy czytałam książkę miałam wrażenie, że autorka pragnie pozostać neutralna. Często słowami Ines przyznawała rację jednej i drugiej stronie: konkwistadorom i Indianom, by po chwili oskarżać jednych lub drugich o niebywałe okrucieństwo. Jedak choć w argumentach Ines przywoływanych na obronę hiszpańskich hidalgo było wiele rozsądku, dla mnie po prostu byli oni nieproszonymi gośćmi, którzy włażą z butami w spokojną codzienność rdzennych mieszkańców, zakłócając im spokój, odbierając godność, wolność, a często też życie…

Książka jednak, mimo tego, że wzbudziła we mnie tak wiele emocji i skłoniła do przemyśleń (może właśnie dlatego?) podobała mi się. Choć nie wciągnęła mnie, nie porwała, nie pozostawiała z niedosytem niedoczytania kolejnej strony czy rozdziału. Przeczytałam, bo zainteresowały mnie opisy indiańskich zwyczajów. Cała książka była zaś dla mnie rozbudowaną i niekiedy podkolorowaną lekcją historii. Uzupełnieniem suchych faktów: dat i nazwisk, do jakich zazwyczaj ograniczają się podręczniki i opracowania naukowe. Ale to nie jest książka dla wszystkich: moja mama odłożyła ją gdzieś w połowie. Po prostu nie była zainteresowana tematem. Ja przeczytałam do końca i wiem, że kiedyś pewnie jeszcze sięgnę po inne pozycje autorki (kusi mnie „Dom duchów”), ale to nie jest priorytet na mojej czytelniczej liście.

A czytałam w ramach wyzwań: Wyzwanie książkowe 2015 (historyczna), Klucznik (niewspółcześnie), 200 książek dookoła świata (Chile).

Advertisements

4 thoughts on “Jak powstało Chile?

  1. Lubię Allende, ale choć ją lubię, i to bardzo, to akurat tę książkę najmniej. Właśnie „Dom duchów”, o którym wspominasz, najbardziej mi się podoba. Tuż obok „Portretu w sepii”. Nie są one tak… indiańskie? 🙂 jak pozycja, którą opisujesz. A bardziej w stylu marquezowskim, że tak to w skrócie określę.

    1. Ja sięgnęłam po tę ksiażkę, bo lezała na półce. ALe „Dom duchów” mnie kusi. Oglądałam kiedyś film zrobony na podstawie tej książki. I teraz tym bardziej chcę przeczytać…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s