Trudne sprawy – wrażenia po lekturze „Tam gdzie Ty” Jodi Picoult

Wiem, że Jodi Picoult nie boi się trudnych i kontrowersyjnych tematów. Wiem, że jej książki zawsze potrafią zmusić do przemyśleń, które wykraczają daleko poza fabułę książki. A jednak nie spodziewałam się, że ta książka będzie właśnie taka. Już po lekturze kilku pierwszych stron płakałam. I pobiegłam na górę, do śpiącego w pokoju syna, żeby go przytulić. I żeby w duchu podziękować, że go mam…

A potem… poczułam się zaskoczona. Bo nagle okazało się, że książka wcale nie jest o dzieciach i o obsesyjnym staraniu się o nie. Owszem, to jest punkt wyjścia. Ale, przynajmniej według mnie, tematem tej książki tak naprawdę jest co innego…

Jodi Picoult 

O fabule w kilku zdaniach

Książka rozpoczyna się opisem długoletnich starań o dziecko, radości, jaka towarzyszy ciąży i ogromnemu cierpieniu, jakie przynosi urodzenie martwego noworodka. To właśnie ten fragment – opis Zoe przytulającej małe dziecko, które nie ma jeszcze brwi, które mieści się w dłoni, ale przecież jest małym człowiekiem, które nie oddycha, nie porusza się i nie płacze – wycisnął mi łzy z oczu. W tym momencie myślałam, że nie podołam lekturze. Naparwdę chciałam odłożyć książkę. Po przeczytaniu powieści Tony’ego Parsonsa po prostu nie miałam sił na kolejną książkę o nieszczęściu bezpłodności, o męce in vitro.

A jednak przeczytałam i okazało się, że na ten temat już nie było dużo. Bo autorka skupiła się na tym, co po śmierci nienarodzonego dziecka działo się z jego rodzicami. Zoe i jej mąż Max rozstają się więc. Ona cierpi, ale wciąż chce próbować zajść w ciążę. On już nie ma siły – odchodzi. Od tej pory każde podąża własną drogą, szukając ukojenia, bezpieczeństwa i zrozumienia  zupełnie różny sposób. Ona odnajduje je u boku kobiety, z która postanawia stworzyć rodzinę. On przyłącza się do dość radykalnego kościoła chrześcijańskiego. Wydawać by się mogło, że ich drogi rozeszły się na zawsze. Ale znów się splatają – bo Zoe ciągle marzy o dziecku. I chce je mieć z nową partnerką. I ma na to szansę, bo w klinice in vitro wciąż są zamrożone zarodki…

I tu pojawia się problem. Bo są one własnością i Zoe, i Maxa. Wystarczyłoby co prawda podpisanie przez Maxa zgody na wykorzystanie zarodków przez Zoe. Ale… nowy związek Zoe nie mieści się w nowym światopoglądzie Maxa. Na dodatek sprawa zarodków staje się szansą dla kościoła Maxa, by zaistnieć w mediach. Słynny z wystąpień publicznych pastor chce tutaj wystąpić, jako obrońca życia i tradycyjnych wartości rodzinnych. Sprawa trafia więc na wokandę sądu. I z absolutnie prywatnej nagle staje się sprawą publiczną. Finału nie zdradzę. Choć powiem, że może być zaskakujący. A jednak z drugiej strony czytając podskórnie przeczuwałam, że właśnie tak się skończy…

Trudne tematy, trudne sprawy

Na początku napisałam, że książka nie jest poświęcona in vitro. Owszem, są tu dokładne opisy tego, co dzieje się z zarodkami, jak przebiega cała kuracja. Czytając je miałam wrażenie, że to rzeczywiście zabawa w Boga. I w wielu momentach zadawałam sobie pytanie o moralną czy też etyczną stronę takiego zabiegu. I choć stoję na stanowisku, że o wszystkim powinni decydować zainteresowani, czyli para starająca się o dziecko, pewne rzeczy mnie zszokowały.

Ale tak naprawdę nie o sztuczne zapłodnienie tu chodzi. Mnie bardziej narzucały się tu refleksje na temat rodziny: z jednej strony tradycyjna, chrześcijańska rodzina z mamą, tatą i dziećmi. Z drugiej strony związek tworzony przez osoby tej samej płci. I pytanie, czy taki związek można nazwać rodziną? I czy w takich rodzinach powinny wychowywać się dzieci?

Zanim przeczytałam książkę, miałam wyrobiony pogląd na ten temat. Nie mam nic przeciwko związkom homoseksualnym. Przeciwko jakimkolwiek związkom, dopóki opierają się na wzajemnym szacunku i miłości. Dzieci wychowywane przez dwóch ojców lub dwie matki? Tu już musiałabym się zastanowić. Z jednej strony: nie jest to sytuacja zwykła. Z drugiej – przecież w takim związku dzieci mogą być kochane, mogą mieć zagwarantowane rewelacyjne warunki do życia. Dużo lepsze niż warunki, w jakich przyszło dorastać wielu dzieciakom. Poza tym – kochający dom homoseksualnych rodziców to i tak lepsze rozwiązanie niż dom dziecka…

W książce Jodi Picoult padają argumenty osób, które stoją po obu stronach barykady: osób popierających przyznawanie opieki nad dziećmi parom homoseksualnym i osób, które są absolutnie przeciwne. Argumenty tu przytoczone często są rzeczowe, dają do myślenia. A jednak miałam wrażenie, że autorka stała po stronie Zoe, pokazując grupę radykalnych chrześcijan w nieco negatywnym świetle. Może tak właśnie miało być? Może chodzi też o to, by przestrzec przed radykalizmem w każdym kierunku? Faktem jest, że tu pokazane była pewna niekonsekwencja przywódców opisanego kościoła. Czytając o tym, co robili i mówili, często zadawałam sobie pytanie, co takie zachowanie ma wspólnego z chrześcijaństwem. I powiem szczerze: niewiele…

I tu dochodzimy do kolejnej ważnej kwestii. Bo z jednej strony rozumiem, że są ludzie mocno wierzący, którzy w życiu kierują się nakazami własnej religii. Akceptuję to i nie widzę w tym niczego złego. Ale są też ludzie, którzy nie praktykują takiej religii albo są po prostu ateistami. I oni też powinni mieć do tego prawo. Nie martwy zapis w konstytucji, ale prawo realne: prawo do niebycia szykanowanym z powodu niewiary. No i są też tacy, którzy są fanatykami. To słowo najbardziej kojarzy się z wyznawcami islamu. Ale radykalizm przecież spotkać można w każdej religii. I w każdym wydaniu jest zły. Bo skupia się na wyrwanych z kontekstu słowach, fragmentach. A nie na ogólnym przesłaniu… I stąd się biorą konflikty.

Książka daje do myślenia

Tak w skrócie wyglądają moje refleksje po lekturze książki Jodi Picoult „Tam gdzie Ty”. Trudno byłoby napisać ten tekst bez wybiegów w stronę religii czy polityki. Ta książka po prostu zmusza do zastanowienia się nad własnymi poglądami na tematy, o których tutaj wspomniałam. I to sprawia, że nie należy do prostych lektur. A jednak czyta się szybko i przyjemnie. Jak wszystkie książki autorki. Przynajmniej te, które miałam okazję do tej pory przeczytać (moje wrażenia znajdziecie TUTAJ).

Polecam wszystkim, niezależnie od poglądów. Bo choć w książce opisane są realia amerykańskie to i w Polsce można odnaleźć analogie. A poza tym motywy postępowania ludzi są wszędzie podobne. A te autorka pokazała bardzo wyraźnie, bardzo szczegółowo.

Ciekawostką może być też to, że do książki dołączana była płyta z muzyką nawiązującą do poszczególnych rozdziałów. Nie wiem, czy do polskiego wydania też, bo ja niestety dysponuję książką bez płyty. Ale chętnie posłuchałabym tych utworów.

A czytałam w ramach wyzwań: Klucznik (coś czerwonego – sukienka dziewczynki na okładce), Książkowe podróże (USA), Książkowe wyzwanie 2015 (akcja nie dzieje się w Europie), 200 książek dookoła świata (USA), Czytam opasłe tomiska (567 stron).

Advertisements

One thought on “Trudne sprawy – wrażenia po lekturze „Tam gdzie Ty” Jodi Picoult

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s