„Wołanie kukułki” R. Galbraith – To się nazywa kryminał!

Pamiętam pierwsze na studiach zajęcia z literatury pozytywizmu i Młodej Polski (ten przedmiot chyba tak się nazywał, ale głowy uciąć sobie nie dam) z doktorem (obecnie już profesorem) Koziołkiem. Były nietypowe, bo nie o Sienkiewiczu czy Prusie, nie o filozoficznych podstawach epoki, ale o… Sherlocku Holmesie. Analizowaliśmy tę postać, jako przykład typowego bohatera. Postać kontrowersyjną i charakterystyczną. Genialnego detektywa, ale przecież jednocześnie człowieka uzależnionego, a więc okazującego słabość.

Te zajęcia oczywiście zmierzały do jakiegoś określonego celu, którego szczerze mówiąc nie pamiętam. Ale dyskusje o słynnym detektywie zapadły mi w pamięci i przypomniały mi się teraz, w trakcie lektury „Wołania kukułki” Roberta Galbraitha (tak wiem, to przecież J.K. Rowling, ale jeśli z jakiś przyczyn występuje pod pseudonimem, mogę to uszanować). Bo  końcu to też angielski kryminał. I jak dla mnie, całkiem typowy angielski kryminał…

wołanie kukułki

Niedawno czytałam trylogię Larssona. To zupełnie inna bajka – świat pełen brutalności, opisy momentalnie turpistyczne nawet. A tutaj – wszystko takie… angielskie. Ułożone, na swoim miejscu. Intryga splatana powoli, a jednak wciąga tak, że nie sposób oderwać się od książki.

Zbrodnia po angielsku

„Wołanie kukułki’ zaczyna się, jak większość kryminałów, od śmierci. Tym razem przez okno wypada młoda kobieta, modelka, która właśnie jest u szczytu sławy. Teoretycznie ma bajkowe życie. A jednak popełnia samobójstwo. Tak przynajmniej twierdzą policjanci badający sprawę. Kobieta miała chłopaka narkomana, problemy psychiczne – skoczyła, bo nie wytrzymała napięcia. Po burzy, jaka rozpętała się w mediach, przyszedł spokój. Paparazzi zajęli się roztrząsaniem innych spraw i wydawać by się mogło, że o sprawie zapomniano. Aż pewnego dnia, trzy miesiące po śmierci modelki, w kancelarii pewnego detektywa, który, no cóż, niezbyt radzi sobie w życiu, zjawia się brat zmarłej. I zleca detektywowi zbadanie sprawy jeszcze raz. Bo podejrzewa zabójstwo. Strike, wspomniany detektyw, przyjmuje sprawę skuszony wysokim zarobkiem. Pomaga mu tymczasowa sekretarka – Robin.

Na początku oboje nie wierzą w tezę, że chodzi tu jednak o morderstwo. Z biegiem śledztwa zaczynają jednak zmieniać zdanie. W końcu Strike jest przekonany, że jego klient ma rację. Rozmawia z kolejnymi świadkami i w ich z pozoru nic nieznaczących wypowiedziach wyłapuje fragmenty, z których powoli wyłuskuje prawdę. Prawdę zaskakującą…

Misternie utkana sieć pytań, kłamstw i prawdy

I tu dochodzimy do tego, co w powieści tak mnie zachwyciło: sposób rozwiązywania sprawy. Tu nie ma szalonych pościgów, walk na śmierć i życie (no może jedna jest). Ale jest opisana droga detektywa i jego asystentki do poznania prawdy. Niby nic się nie dzieje, a jednak z każdą kolejną stroną napięcie wzrasta. Kiedy Strike ze skrawków informacji, jakie zdobywa tworzy obraz wydarzeń sprzed trzech miesięcy, czujemy, że sam może być w niebezpieczeństwie. I niemal do ostatniej strony autor trochę wodzi nas za nos. Gra z nami, by w końcu zdradzić zaskakującą, przynajmniej dla mnie, prawdę.

Atut tej książki niewątpliwie stanowi postać detektywa . Strike to były żołnierz z problemami osobistymi. A jednak to postać trzeźwo myśląca, przebiegła, spostrzegawcza. Idealny detektyw. Jego asystentka, Robin, choć zostaje w historię wplątana przypadkowo, też jest postacią wyrazistą. Od lat marząca o pracy detektywa, pełnej ciekawych zwrotów akcji, idealnie odnajduje się w roli.

Kolejnym plusem jest także tło wydarzeń. Autor(ka) w sposób bardzo ciekawy pokazał świat mody, świat celebrytów. A z drugiej strony jest też zupełnie kontrastowy świat społeczności, którą nazwalibyśmy marginalną. I jeszcze – echa wojny w Afganistanie… To wszystko sprawia, że historia jest mocno osadzona w realiach i zyskuje na autentyczności.

Chcę jeszcze

Mówiąc szczerze, sięgałam po tę książkę z mieszanymi uczuciami. Naczytałam się różnych opinii, jakoby nie był to udany debiut kryminalny. Czytałam, że wieje tu nudą, że intryga nie jest wiarygodna. I że znacznie lepszą pozycją jest „Jedwabnik”, kolejny kryminał tego samego autora. Jeśli to prawda, jutro biegnę do biblioteki po „Jedwabnika”! Bo mnie „Wołanie kukułki” przekonało. Kupuję taki kryminał, taką intrygę, takie metody dochodzenia do prawdy. Kupuję taki styl pisania i takich bohaterów. I kupuję okładkę, której kolory mnie zachwyciły i na którą zwróciłam uwagę dawno temu, gdy książka pojawiła się na półkach w księgarniach. Nie kupiłam wtedy, bo miałam inne książkowe priorytety. Teraz żałuję, że z lekturą czekałam tak długo…

A czytałam w ramach wyzwań: Pod hasłem (wszak wołanie to kłapanie dziobem), Grunt to okładka ( widać tu fragment ulicy), Wyzwanie książkowe 2015 (pisana pod pseudonimem), 200 książek dookoła świata (Wlk. Brytania), Okładkowe love, Czytam opasłe tomiska (451 stron).

Jeśli podoba Ci się, co piszę, zostaw po sobie ślad w komentarzach. Będzie mi bardzo miło! Zapraszam też na stronę na Facebooku, gdzie na bieżąco pojawiają się informacje o nowych wpisach oraz inne informacje o tym, co u mnie słychać. Miłośników książek zapraszam też do działu Książki, gdzie przeczytacie o innych moich lekturach!

Pozdrawiam serdecznie i miłego weekendu życzę!

Sonrisa;)

Advertisements

2 thoughts on “„Wołanie kukułki” R. Galbraith – To się nazywa kryminał!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s