Hiszpańskie demony przeszłości – o książce „Palmy na śniegu” Luz Gabas

Są książki, które czyta się i odkłada na półkę. Są takie, które połyka się od razu, ale potem szybko się o nich zapomina. I są takie, które w głowie zostają na długo… Właśnie przeczytałam książkę, która wpisuje się w tę ostatnią kategorię. Właściwie przeczytałam ją już blisko tydzień temu. Tylko wciąż nie umiałam się zebrać, żeby o niej napisać. Musiałam przetrawić. Nie wiem, czy dlatego, że książka poruszyła jakąś zapomnianą nutę w mojej podświadomości (kto śledzi mój fejsbukowy fanpejdż ten miał okazję poznać piosenkę, z którą od razu skojarzyła mi się lektura), czy może dlatego, że w historii dziejącej się tak daleko jest jakaś nuta, która przywołała mi naszą polską historię? A może dlatego właśnie, że ta książka koncentruje się na zupełnie innych problemach, niż te nasze i uświadamia, że polskie traumy nie są jedynymi na świecie? Może być jeszcze tak, że książka jest po prostu dobrze napisana. Albo wszystko to razem…

literatura-hiszpańska 

Tak daleko, tak blisko

Ta książka przeleżała trochę u mnie. Podsunęła mi ją mama, a ja po prostu odłożyłam „na później”. Dopiero wyzwanie 12 książek na 2015 rok zmobilizowało mnie, by sięgnąć po tę pozycję. I tak bardzo żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Książka „Palmy na śniegu” po prostu podbiła moje serce.

Z jednej strony to historia w stylu tych, po które ostatnio sięgam dość często. Rodzinna tajemnica, przemilczane sprawy i powolne odkrywanie prawdy. A przy tym retrospekcje do wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat. Ten klimat od razu skojarzył mi się z prozą Gutowskiej-Adamczyk, o której już nie raz mieliście okazję tu poczytać. A jednak to historia zupełnie inna. Daleko jej od Polski. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że daleko jej od Europy. Bo podczas, gdy w Polsce, Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemczech próbowano uporać się z demonami wojny, w Hiszpanii żyło się zupełnie czym innym. Tu był generał Franco. I tu były problemy z koloniami, których kwestię w końcu trzeba było rozwiązać, bo w Afryce coraz silniejsze były dążenia niepodległościowe. A jednocześnie przecież wciąż działały tu plantacje kakao, które przynosiły Hiszpanii zyski. I które dawały pracę setkom mieszkańców hiszpańskiej prowincji…

Książka „Palmy na śniegu” przenosi nas na taką właśnie plantację kakao, gdzie wciąż biali są ważniejsi, choć czarni nie są już niewolnikami, a uczciwie opłacanymi pracownikami. A jednak świat białych i czarnych to wciąż światy obce, które nie powinny się spotykać. A przynajmniej nie powinny się ze sobą wiązać… I w ten świat wkracza młody Hiszpan, który zakochuje się w pięknej Afrykance. To miłość zakazana. Miłość, która nie powinna się zdarzyć i która w końcu staje się bardzo brzemienna w skutki. Zwłaszcza, że oto nagle biali muszą opuścić niewielką wysepkę fernando Poo (dzisiejsze Bioko). Wyjeżdża też Kilian, który zostawia tu swoją miłość, swoje szczęście. Wyjeżdża jego brat i jego przyjaciele. Wracają wszyscy do małej górskiej miejscowości położonej na północy Hiszpanii. I tu zaczynają nowe życie. I już prawie zapominają o wydarzeniach sprzed pół wieku, gdyby nie Clarence i jej ciekawość. I gdyby nie to, że postanowiła dowiedzieć się, dlaczego ona i jej kuzynka mają imiona niezwykłe i tak niepodobne do innych imion w historii rodziny. I jeszcze próbuje rozwikłać zagadkę dotyczącą tego, o czym ojciec pisał do swoich znajomych w Afryce. W końcu w wyniku swoich dociekań i poszukiwań wyjeżdża na Bioko. I tu poznaje przyrodniego brata. Losy obu rodzin; hiszpańskiej i afrykańskiej znów się splatają. I to w sposób, którego nikt by się nie spodziewał. Chociaż… być może taka właśnie była wola duchów?

Hiszpańskie rozrachunki z przeszłością

Kiedy czytałam, wciągnęła mnie przede wszystkim sama historia. Zarywałam noce, żeby dowiedzieć się, co było dalej. Zachwycały mnie wierne opisy tego, co działo się na plantacjach w koloniach hiszpańskich. Podobało mi się tak dokładne zarysowanie sytuacji historyczno-politycznej w ówczesnej Gwinei. Autorka w posłowiu pisała zresztą, z jakich źródeł korzystała, by stworzyć opowieść wiarygodną. Ale podobało mi się też zarysowanie problemów współczesnego świata – tego, jak łatwo jest pokonywać granice, te narysowane na mapie. I jednocześnie jak trudno jest poznać swoją tożsamość w wielokulturowym, tak wymieszanym społeczeństwie.

A po lekturze przyszła jeszcze jedna refleksja. Tak mi się skojarzyło, że ta książka jest także próbą rozprawienia się z hiszpańskimi demonami. Uświadomiłam sobie, że tak bardzo zajęci jesteśmy rozpatrywaniem naszych traum narodowych, zwłaszcza tych dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych, że zupełnie nie pamiętamy o tym, że inne narody też mają traumy. Hiszpanie, przez wiele lat XX wieku odcięci od świata z powodu twardych rządów Franco właściwie nie interesowali się tym, co działo się na terenach Polski, Niemiec, nawet o Francji zbyt wiele nie wiedzieli. Pamiętam, że kiedy przyjechała do nas grupa hiszpańska na wymianę i gdy pojechali zwiedzać Auschwitz, byli zszokowani. Nie tylko dlatego, że rozmiar okrucieństwa Holocaustu nie mieścił im się w głowie, ale dlatego, że wcześniej w ogóle nie wiedzieli dużo na ten temat. Owszem słyszeli, że były nagonki na Żydów. Ale dla nich ważniejszy był terror Franco. I to co się działo na Półwyspie Iberyjskim… I w koloniach, które właśnie się wyzwalały i oto kat stawał się nagle ofiarą…

Dla Hiszpanów problem kolonii może być traumą. Widać to w książce Luz Gabas. Bo Hiszpanie mają świadomość, że nie byli do końca idealnymi „zarządcami” podległych terenów. A z drugiej strony mają też świadomość, że kiedy opuszczali swoje afrykańskie (i pewno też południowoamerykańskie) prowincje, zostawili po sobie bałagan. A potem umyli ręce. I zostawili też po sobie wiele dzieci, półsierot, które nigdy nie miały szans poznać swoich europejskich ojców. I zostawili wiele spraw niedokończonych, niezałatwionych…

Książka, która zachwyca

Sam temat książki jest wystarczającym powodem do tego, by po nią sięgnąć. Ale oprócz wciągającej historii i obok wiernie oddanego tła jest w tej książce jeszcze jeden atut. To styl, jakim posługuje się pisarka. Sposób, w jaki pisze sprawia, że niemal czujemy zapach suszonych ziaren kakao, czujemy gorąco afrykańskiego słońca i smak prawdziwej czekolady. Takiej, która pozytywnie przechodzi „test odwróconej filiżanki”. I jeszcze opisy afrykańskich uroczystości, w jakich bohaterowie mają okazję brać udział. Sam opis wystarcza, by niemal usłyszeć odgłosy bębnów, by poczuć, jak pod wpływem tego rytmu krew zaczyna szybciej płynąć. To właśnie powody, dla których po książkę warto sięgnąć. Dlatego polecam. Z całego serca…

A czytałam w ramach wyzwań: Grunt to okładka, 12 książek na 2015 rok, Stare dobre czasy (część opowieści to lata 50 XX wieku), Klucznik (coś czerwonego), Czytam opasłe tomiska (613 stron), Mitologia w literaturze (dużo tu o afrykańskich wierzeniach i duchach), 200 ksiażek dookoła świata (Hiszpania).

Luz Gabas „Palmy na śniegu”, MUZA S.A., Warszawa 2013

Advertisements

2 thoughts on “Hiszpańskie demony przeszłości – o książce „Palmy na śniegu” Luz Gabas

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s