Rodzinnie… czyli wyzwanie Uli i recenzja książki „Lawendowy pył”

Długo zastanawiałam się, jak ugryźć zadanie, które dała nam tym razem Ula (w jej blogowym wyzwaniu biorę już udział nałogowo, bo to fajna zabawa).  Zaczęłam przeglądać swoje archiwum zdjęć na dysku komputera i nie znalazłam nic ciekawego. Nie mam zdjąć rodzinnych!  Są zdjęcia poszczególnych osób, są zdjęcia kwiatków i widoków,  ale nie ma takiej typowej rodzinnej fotografii. Takiej, na której bylibyśmy wszyscy. Bo przecież zawsze ktoś musi robić zdjęcie (najczęściej ja – bo lubię). No i mamy kamerę. Teraz to ona rejestruje najważniejsze wydarzenia…

Ale zadanie jakoś trzeba było ugryźć… I wtedy rzuciła mi się w oczy antyrama, którą wspólnie z siostrą przygotowałyśmy na dwudziestą (chyba) rocznicę ślubu naszych rodziców. Zebrałyśmy tutaj mnóstwo zdjęć z rodzinnych wakacji, z naszego wczesnego dzieciństwa, a nawet z czasów, gdy nie było nas jeszcze na świecie. I wyszedł prawdziwy rodzinny kolaż. I to właśnie on oddaje najbardziej charakter naszej rodzinki…

historie rodzinne

 

 

Rodzinne opowieści…

A skoro już o rodzinnych historiach mowa, podzielę się z Wami refleksjami na temat książki, którą właśnie skończyłam czytać. Idealnie pasuje do tematu tej notki…

Wczoraj opisywałam Wam historię jednego obozu. Historię, która w mojej rodzinie co i rusz jest odświeżana. Takich historii w każdej rodzinie jest zapewne wiele. U nas też krążą opowieści a to o wujku, który walczył pod Monte Cassino z Armią Andersa, a to o ciotce, która przeżyła we Francji katastrofę samolotu, a to o ciotecznym pradziadku, który w czasie wojny był organistą w dwóch kościołach i co niedzielę polami jeździł rowerem, by zdążyć na mszę. I jeszcze harcerskie opowieści rodziców. I te historie, które miały miejsce, gdy z siostrą byłyśmy jeszcze dziećmi…  Kiedyś ktoś rzucił pomysł, by to wszystko spisać, bo pamięć jest ulotna. Tylko jakoś nie było czasu, okazji. Poza tym, to by to czytał. Te historie żyją, gdy są opowiadane. Ale spisane pewnie straciłyby urok. Mogłam się o ty przekonać, czytając książkę „Lawendowy pył” napisaną przez kobiety z trzech pokoleń tej samej rodziny: Danutę Marcinkowską, Ewę Marcinkowską-Schmidt i Klaudynę Schmidt.

DSC_0004Powstaniu książki przyświecał cel zachowania rodzinnych opowieści. We wstępie czytamy: „Opowieści rodzinne przepływają wokół nas (…) Nie zwracamy na nie uwagi, kiedy są. Podnosimy głowy, kiedy zastępuje je cisza. Ludzie, którzy z przejęciem opowiadali losy swoje i bliskich, krewnych, sąsiadów – odchodzą. Zaczynamy zastanawiać się, jak to było naprawdę. Zawodzi nas pamięć, a nie ma kogo zapytać”. Kiedy przeczytałam te słowa, pomyślałam, że to tak, jak u mnie. I tym chętniej zanurzyłam się w lekturze, która przez ponad pięćset stron prowadziła mnie przez historię jednej rodziny…

„Lawendowy pył” to saga rodziny, która od zawsze mieszkała na kresach wschodnich. To historia opowiadana przez kobiety, najstarsze córki najstarszych córek, jak same o sobie mówią. Bo w tej rodzinie zawsze najpierw rodziły się córki. Los i zagmatwana polska historia nie był dla tej rodziny łaskawy: najpierw niepewność w czasach zaborów i dwudziestolecia międzywojennego, potem zawierucha wojenna, zesłanie jednego z mężczyzn na Sybir, repatriacja, zaczynanie życia od nowa w zupełnie nieznanym, na dodatek zniszczonym wojną miasteczku. A potem trudne lata powojenne, polityczna zawierucha, konieczność zdobywania podstawowych artykułów i życia z piętnem wojny.

Czytając tę książkę stajemy się świadkami zmian, jakie zachodzą w Polsce na przestrzeni całego XX wieku. Widzimy, jak te zmiany ustrojowo-gospodarcze wpływają na życie zwykłych ludzi. Oczywiście wszystko tutaj opowiadane jest z perspektywy kobiet, które często zostają same z problemami i musza wykazać się niezwykłą odwagą i hartem ducha, by przetrwać. I by zapewnić przetrwanie swoim dzieciom. Męscy bohaterowie odgrywają w tej książce rolę drugoplanową. To kobiety grają tu pierwsze skrzypce, to one pilnują domowego ogniska i starają się tak poprowadzić gospodarstwo domowe, by życie było dobre. Lub chociaż znośne… Z drugiej jednak strony kobiety te są mocno zależne od swoich mężów, od decyzji, jakie podejmują ich partnerzy.  I od sytuacji, w jakich przyszło im żyć. Troszkę mnie to denerwowało. Z jednej strony wszystkie bohaterki potrafiły podejmować trudne decyzje, wykazywały się odwagą i radziły sobie w sytuacjach niemal beznadziejnych. Były silne i uparte. A z drugiej strony przy boku mężczyzn stawały się ciche, uzależnione, jakby cala ich siła nagle gdzieś znikała…

Książkę przeczytałam jednak z zainteresowaniem. Wciągnęła mnie ta historia. Choć muszę przyznać, że sama organizacja fabuły podobała mi się już mniej. Przede wszystkim dlatego, że nie ma tu zachowanej chronologii. Najpierw poznajemy losy Anki – kobiety, która przeżyła wojnę, jako mała dziewczynka, której ojciec był na zesłaniu w rosyjskim łagrze i która wkracza w dorosłość w latach sześćdziesiątych. Poznajemy problemy, z jakimi boryka się jako młoda matka, żona, studentka i kobieta pracująca po to, by podreperować rodzinny budżet. Dopiero potem poznajemy wcześniejsze losy rodziny, by po kilkuset stronach wrócić do historii Małgosi , która jest córką Anny. I dalej – poznać Amelię, córkę Małgosi, która ma już szansę wyjechać na studia za granicę… Takie przeskoki czasowe troszkę wybijały z rytmu. Czytając często się gubiłam, musiałam mocno koncentrować się, by przypomnieć sobie, kim są bohaterowie, o których teraz jest mowa. Może gdyby te przeskoki czasowe były jakoś zasygnalizowane, nowym rozdziałem, jakimś znakiem graficznym w tekście, byłoby łatwiej. Tego jednak nie ma w książce. Dlatego czytając momentami czułam się troszkę zdezorientowana.

Brakowało mi tu też jakiegoś wątku spajającego fabułę. Wiem, że książka jest zapisem historii konkretnej rodziny. Ale jednak przydałoby się jakieś zaakcentowanie faktów charakterystycznych. To mogłoby być skoncentrowanie się na roli kobiet. Przecież opisana historia daje taką możliwość. Gdyby te watek był troszkę bardziej podkreślony, gdyby to z niego stworzono kanwę opisywanych historii. Przyznam, że po lekturze wstępu właśnie tego się spodziewałam.

I jeszcze t błędy edytorskie. Czasem zdanie zaczynało się małą literą, jakby w połowie. Albo nagle urywało się bez kropki i nie wiadomo było, czy to już koniec myśli, czy coś jeszcze miało być. A na dodatek w kilku momentach miałam wrażenie, że pomieszane są imiona postaci. To jeszcze pogłębiało moją dezorientację, o której pisałam już wcześniej. Był nawet moment, że chciałam książkę odłożyć, bo troszkę mnie zmęczyła. A jednak dotrwałam do końca. Bo mimo tych mankamentów historia mnie wciągnęła.

Najbardziej podobało mi się, że książka ukazuje doskonale, jak zmieniająca się sytuacja w Polsce wpływała (i wpływa nadal!) na życie zwykłych ludzi. Tu nie było mowy o wielkiej polityce, a jednak czuło się ducha wszystkich zmian. To sprawiło, że czasu, który poświęciłam na czytanie tej w gruncie rzeczy dość grubej pozycji nie uważam za stracony. Gdybym miała jednak komuś polecić książkę, która jest jednocześnie sagą rodzinną, pewnie najpierw wymieniłabym „Cukiernię pod Amorem” Małgorzaty Gutowskiej –Adamczyk. A „Lawendowy pył”? No cóż… cieszę się, że przeczytałam w końcu książkę, która już tak długo leżała na półce, tylko jakoś nie było do tej pory okazji, by poczytać. Ale też wiem, że to nie jest pozycja, o której długo będę pamiętać. Do poczytania z braku czegoś lepszego. Nie jest źle, ale szału też nie ma…

Moja ocena: 4/5

Informacje o książce:

Autorki: Danuta Marcinkowska, Ewa Marcinkowska-Schmidt, Klaudyna Schmidt

Tytuł: Lawendowy pył

Wydawnictwo Klucze

data wydania 2009

ISBN 978-83-61594-08-6

liczba stron 524

gatunek powieść biograficzna, saga rodzinna

język polski

 

Wyzwaniowo…

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Pod hasłem (524 strony), Polacy nie gęsi, Stare dobre czasy (część książki to opowieści z początku wieku XX), Klucznik (z półki i kobieta na okładce), Czytam opasłe tomiska (524 strony), Książkowe podróże (miejsce akcji się zmienia, ale jest tu Syberia, gdzie wody nie ma i jest Człuchów – nad jeziorem, oraz San Francisco – nad zatoką).

 

Notka i zdjęcie główne powstały zaś z inspiracji Uli i jej wyzwania blogowego. Po szczegóły zapraszam tutaj: KLIK.

wyzwanie Uli

 

Recenzja pisana także dla portalu Sztukater.pl, z którym rozpoczęłam współpracę i do którego dowiedzenia serdecznie zachęcam, bo to prawdziwa kopalnia wiedzy o literaturze i kulturze w szerokim znaczeniu tego słowa.

 

* * * * * * *

 

Zapraszam także do śledzenia mojej strony na Facebooku, gdzie publikowane są informacje o nowych wpisach na blogu, o tym co mnie inspiruje i co mnie zajmuje w danej chwili. A gdyby ktoś miał ochotę kupić fajne zabawki swojemu dziecku zapraszam do zakładki „Wyprzedaję”

Advertisements

8 thoughts on “Rodzinnie… czyli wyzwanie Uli i recenzja książki „Lawendowy pył”

  1. Lawendowy pył czytałam jakiś czas temu i jest to jedna z moich ulubionych książek. Ostatnio udało mi się kupić drugi tom, o którego istnieniu długo nie miałam pojęcia!

  2. Jej, chyba jednak przeczytam ‚Lawendowy pył’. Tak bliska ta historia naszych rodzinnych losów. I ten wstęp… Mój stryj spisał część losów naszej rodziny. Książka jest w języku białoruskim. Ale pamiątka cenna i ważna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s