Szczęśliwy dorosły to dziecko, któremu pozwolono znaleźć swoją pasję…

Kiedy prowadziłam jeszcze gromadę zuchową, miałam okazję podpatrywać różne dzieciaki. Część przychodziła na zbiórki, bo chciała, bo lubiła. Inni pojawiali się, bo rodzice im kazali. Ta druga grupa niestety była liczniejsza. I bardziej sfrustrowana. Już w wieku kilku lat pozbawiono ich możliwości decydowania o sobie, pokazano, jak mało znaczy ich zdanie. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej… Grupa dorosłych niepotrafiących samodzielnie podjąć decyzji i nieszczęśliwych, bo boją się robić to, co kochają… pasja 

Krótka historia Michała

Kiedy byłam w szkole, w klasie miałam kolegę. Całkiem sympatyczny chłopak. Nazwijmy go Michał, żeby nie było wiadomo, o kogo chodzi. Wątpię zresztą, czy w ogóle poczytuje mojego bloga. Ale… no lepiej dmuchać na zimne… Michał miał swoje zainteresowania. Od zawsze jeździł do Niemiec do rodziny, na każde ferie i wakacje. Lubił ten kraj, lubił ludzi, język. Z niemieckiego zawsze był najlepszy w klasie. Chyba już w piątej czy szóstej klasie podstawówki chciał studiować germanistykę, być tłumaczem.  Lubił też zwierzęta, jego największym marzeniem było hodowanie choćby chomika. Zawsze pierwszy był w pracowni biologicznej, gdzie na ochotnika opiekował się rybkami, patyczakami i co tam jeszcze mieliśmy. To go po prostu kręciło. Hobby? Na pewno nie lubił sportu. Wiem, bo wykorzystywał każdą okazję, żeby wymigać się od lekcji wychowania fizycznego. Za to książki czytał, w dużych ilościach. Michał miał pecha. Urodził się w rodzinie lekarzy. Jego dziadek i tata byli znanymi specjalistami. Mama też była związana z medycyną. Rodzina nie wyobrażała sobie dla swojego syna, pierworodnego dodajmy, innej przyszłości, jak tylko sala operacyjna. No może jeszcze ewentualnie jakiś prywatny gabinet. Nazwisko zobowiązuje, mówili. A skoro już miał być lekarzem, musiał też mieć hobby, jak na uznanego specjalistę przystało. Michał chodził na tenis. Dwa trzy w tygodniu. Nie lubił tego, nie znosił. W tym czasie wolałby poczytać, tak nam mówił. Może byłoby inaczej, gdyby nie fakt, że trener chciał ze swoich kilkunastoletnich podopiecznych zrobić mistrzów. Cały czas mowa była tylko o turniejach, zawodach. A Michał wolałby może podbijać piłkę dla przyjemności. Może wtedy chciałby się poruszać. Niestety, rodzice nie dali mu wyboru. Nie dali mu też alternatywy…

Wiele możliwości – większy wybór. I szansa na odnalezienie pasji…

U mnie było inaczej. We wczesnym dzieciństwie nauczono mnie pływać. Potem tańczyłam taniec towarzyski, jeździłam konno, zdobyłam patent żeglarza jachtowego i uprawnienia instruktora narciarstwa. Chodziłam po górach, czytała książki, które rozbudzały moją wyobraźnię: „Pana Samochodzika” i te o przygodach Tomka Wilmowskiego. Kiedy powiedziałam, że chciałabym spróbować czegoś nowego, miałam ich pozwolenie i błogosławieństwo Zasada była jedna; decydujesz się na coś, ok, ale przynajmniej doprowadź to do jakiegoś etapu. Bo z dziećmi jest tak, że często mają słomiany zapał. A potem im się odechciewa. Po kilku zajęciach nie chcą już iść. Bo nudno, bo stawia im się wymagania. Jeśli powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Uczysz się hiszpańskiego, idziesz na kurs żeglarstwa, zaczynasz przygodę z jazdą konną? OK. Ale doprowadź to do jakiegoś etapu, zdobądź podstawy. A po roku powiedz, czy dalej Cię to bawi. Jeśli nie, szukamy kolejnej pasji… Kiedyś strasznie się na to złościłam nie chciałam chodzić na kolejny trening tańców. Nie chciało mi się w zimie iść na jazdę konną, bo zimno, ciemno. Ale zaciskałam zęby i szłam. Na kursie żeglarskim też nie było łatwo. Do znudzenia powtarzane te same manewry. A potem jeszcze wykłady. Ale skończyłam kurs, a teraz mogę korzystać z możliwości, jakie dzięki temu dostałam: mogę wypożyczyć sobie łódkę na Mazurach i popłynąć w nieznane, wzięłam udział w rejsie pełnomorskim i przeżyłam przygodę życia. Do dziś uwielbiam też jeździć na nartach, a ostatnio spróbowałam nawet swoich sil na snowboardzie. Dawno temu dostałam wybór. Spośród mnóstwa alternatyw wybrałam te, które najbardziej mi odpowiadały. Dzięki temu dzisiaj mam kilka swoich pasji i nie boję się szukać nowych. Dzięki temu jestem szczęśliwa, bo nie robię nic wbrew sobie. Wybieram to, co naprawdę sprawia mi radość. Niewątpliwie jest to zasługą moich rodziców. Ale też instruktorów. Bo prawda jest taka, że z tańców zrezygnowałam, bo instruktorzy nastawiali nas na sukcesy turniejowe. Na żaglach z koli pokazywali nam, jak można cieszyć się tym sportem i choć od nas wymagali, pokazali jak odnaleźć radość w pływaniu. Choć przecież udział w rejsie to także ciężka praca. I nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo.

Pozwól dziecku zdecydować, uczyń je szczęśliwym i świadomym własnej wartości…

Michał jest dzisiaj praktykującym lekarzem. Nie lubi swojej pracy, za to najlepsza rozrywką jest dla niego czytanie Goethego w oryginale. Nie gra w tenisa. Ostatnią rakietę wyrzucił, gdy tylko wyprowadził się z domu… Nie chcę, żeby moje dziecko było takie jak Michał. Chcę, żeby potrafiło wybrać to, co go naprawdę bawi. Ale żeby to było możliwe muszę pokazać mu wiele opcji. Nauczyć, że ciągle można szukać nowych możliwości. Najpierw odkrywać z nim wszystkie te nowości. To fantastyczne, widzieć, jak dziecko z pasją próbuje nowych rzeczy. Niektórych próbuję razem z nim. A później chcę znaleźć mu dobrych instruktorów. Specjalistów, którzy moje dziecko nauczą więcej, którzy zarażą go pasją. Wysłać na kurs, na obóz, na szkolenie żeglarskie z ekipą z http://naferie.pl/, znaleźć najlepszych z najlepszych. Nauczyć, że warto próbować swoich sił, czasem warto przetrzymać trudne chwile, by potem móc cieszyć się nową pasją. Albo zrezygnować. Bo dziecko nie jest naszym odbiciem Dziecko, jest indywidualną istotą. Ma swoje upodobania. Niektóre rzeczy mu się podobają, inne nie. Niektóre je zainteresują, inne po prostu nie trafią mu do gustu. Warto dziecku dać wybór. To pokaże mu, że jest dla nas ważne, że darzymy je szacunkiem, traktujemy, jak równe sobie, jak partnera, liczymy się z nim. Nawet dla malucha to ważne, dla nastolatka pewnie jeszcze ważniejsze, bo wie, że do rodziców może się zwrócić z każdym problemem. A odkrywanie wspólnych pasji może być dla dziecka i rodziców wspaniałą przygodą. Rodzic może zarazić swoją pociechą miłością do sportu, ale i dziecko może kiedyś rodzicom pokazać coś ciekawego, może czegoś nauczyć…

Reklamy

2 thoughts on “Szczęśliwy dorosły to dziecko, któremu pozwolono znaleźć swoją pasję…

    1. Oj.. za dużo takich nieszczęśliwych dziec spełniających ambicje swoich rodziców widziałam… Alee to też chyba wynika z tego, ze i rodzicom tych ambicji kiedyś nie pozwolono spełnić. Ja nie mam ambicji, na razie, bo sama robię i robiłam to, co lubiłam…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s