Mój manifest blogowy

Tak wiem, nudne to kolejna notka niemal o tym samym. Ale obiecuję, już będzie ostatnia. Próbowałam, naprawdę, planować notki z kalendarzem w ręku. Podziwiam zresztą wszystkich, którzy robią to na co dzień. Anię, która jest moim blogowym guru, jeśli chodzi o systematyczność, o planowanie notek, o konsekwencję. Próbowałam robić tak samo. Próbowałam podporządkować się dyrektywom wszystkich blogerek, które są już blogerkami przez wielkie B i to daje im prawo, by udzielać rad innych. I wszystkie mówią mniej więcej to samo: blogowanie przypomina biznes, potrzebny jest plan i realizowanie go z konsekwencją. A jak trzeba zarwać noc, to lepiej to zrobić, niż nie napisać notki. Bo tylko tak odnieść można blogowy sukces. A ja się z tym nie zgadzam…

netbook 

A może raczej nie zgadzam się na to. Lubię blogować. Naprawdę. Lubię dzielić się na tej stronie moimi przemyśleniami, lubię pisać o książkach, które warto lub których nie warto czytać. Lubię pisać o tym, co mnie bawi i co mnie wkurza, o tych wszystkich sprawach, które poruszają tak bardzo, że chcę się nimi podzielić. I wtedy pisanie sprawia mi przyjemność, wtedy wychodzi naturalnie. Odpalam kompa i po prostu piszę…

Ale kiedy próbuję nadać temu jakąś zamkniętą formę, przyporządkować kategorie blogowych wpisów do poszczególnych dni tygodnia, zaplanować tematy notek na tydzień, miesiąc wprzód, nie potrafię. Zamiast przyjemności, czuję wtedy jakiś przymus. I przychodzi zniechęcenie, nawet na komputer nie chce mi się patrzeć. Bo bez sensu jest dla mnie tracić cenne chwile zabawy z moim dzieckiem, by koniecznie na jutro, na za tydzień, napisać kolejną notkę. Czytać książkę bez rozkoszowania się samym czytaniem po to, by skończyć jak najszybciej, przed kolejnym wtorkiem, na który zaplanowałam publikację recenzji. I traci się przyjemność, zaczyna się kierat podobny do tego korporacyjnego, tego, od którego, być może niesłusznie i głupio zupełnie, uciekam. Mam jednak poczucie, że żeby nie stracić szacunku do siebie i do swojego czasu, nie mogę dać wciągnąć się w wir pogoni za nieuchwytnym i próbom sprostania niemożliwemu. Nie chcę, nie potrafię, coś się we mnie buntuje.

Dlatego niniejszym, nie z braku szacunku do Ciebie, drogi czytelniku, ale z ogromnym szacunkiem do siebie, odwołuję te wszystkie plany i zmiany blogowe. I obiecuję, że pisać będę wtedy, gdy będę chciała czymś się podzielić. A że zazwyczaj często chcę, nie powinno być dłuższych przerw w nadawaniu…

Będzie dalej o książkach, będzie o podróżach. Będzie o dzieciach i o tym, co sprawia radość każdego dnia. O poszukiwaniu szczęścia i dostrzeganiu go w drobnych fragmentach życia. O tym, co ważne dla mnie…

Nie obiecam, że będzie codziennie, choć czasem pewnie tak. Wolę jednak, żeby było prosto z serca niż z przymusu notatki poczynionej kiedyś w kalendarzu. Bo bardziej wartościowy jest dla mnie czas spędzony na zabawie z dzieckiem niż na wymyślaniu, o czym by teraz napisać. Bo szczęście jest dla mnie Tu i Teraz, nie w ekranie komputera, ale w uśmiechu syna, w zapachu kwiatów, w świergotaniu ptaków… I mam nadzieję, że o tym też uda mi się napisać…

 

Reklamy

2 thoughts on “Mój manifest blogowy

    1. próbowałam, czuję się uwiazana. nie o to mi chodzi. Ale w końcu kazdy robi to, co mu odpowiada najbardziej, prawda?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s