Nie ilość, a jakość… czyli refleksje przy stragane z pamiątkami…

Ostatnie dni spędziłam nad morzem. Lubię tamtejszy klimat, atmosferę. Nawet atmosferę tych wszystkich zatłoczonych o tej porze roku miejscowości turystycznych. Uciekam od tłumów, szukając miejsc noclegowych gdzieś poza ścisłym centrum. Ale lubię też pospacerować głównym deptakiem. Tu skusić się na gofra (bez nich nie ma wakacji!), tam obejrzeć pamiątki… Coraz częściej jednak dochodzę do wniosku, że na tych wszystkich straganach tak naprawdę nie ma co oglądać…

DSC_0025

Chyba każdy zna te budy z milionem różnego rodzaju pamiątek. Najczęściej kiczowatych, plastikowych, made in China. Kusza swoim urokiem z daleka. Zapraszają, by podejść, by pozbyć się kolejnych banknotów czy monet… Potem jadą z nami z powrotem do domu, zostają wręczone bliskim, którzy też nie bardzo mają co z nimi zrobić. Kurzołapki. Niby mają wartość sentymentalną, bo wnuk pamiętał o nas na wakacjach, bo dzieci chciały zrobić przyjemność… Ale po kilku takich wyjazdach pokój wygląda już jak taki stragan z pamiątkami… I nikt już nie pamięta, gdzie i kiedy coś było kupione… A sprzedawca tylko cieszy się, bo sprzedał kolejne partie towaru. Zarobił, a ten zarobek często starczyć musi aż do kolejnego sezonu…

Ostatnio postanowiłam zrobić gruntowne porządki. Robię na raty, tak, jak radzą we wszystkich chyba poradnikach minimalizmu. Wyrzucam rzeczy, które zalegają na półkach i do niczego nie służą… Podobno uporządkowanie przestrzeni pomaga w uporządkowaniu umysłu. Coś w tym jest. W czystej przestrzeni z minimalną ilością gadżetów jakoś więcej pomysłów przychodzi do głowy. I wszystko odczuwa się tak wyraźniej…

Nie znoszę, gdy ktoś obdarowuje mnie czymś zupełnie niepotrzebnym. Albo potrzebnym, ale zupełnie nie w moim stylu. Nie lubię, gdy ktoś na siłę próbuje mi narzucić swój styl… Podobała mi się ta torebka, kupiłam Ci… fajnie, ale mnie się nie podoba. Wyląduje w koszu albo w worku z darami dla jakiejś organizacji charytatywnej… Komuś może się przyda. Mnie nie… To samo jest z ubraniami i gadżetami do kuchni…

Wiem, obdarowujący chciał dobrze: prezent na urodziny, a święta, ślubny… Ale ja tego nie chcę. A już na pewno nie chcę miliona niepotrzebnych bibelotów, które poza straganem z pamiątkami jakoś tracą swój urok. Dlatego w tym roku nie kupowałam. Ani dla siebie, ani dla innych. Kupiłam w buteleczce trochę bursztynu, nazbierałam muszelki, zrobię z nich pamiątki: ozdobne ramki z naszym zdjęciem w środku… Babcie się ucieszą, a i własnoręcznie zrobione gadżety mają większą wartość. Sentymentalną, ale materialną też. Rzeczy handmade są w cenie…

Lubię się takim rękodziełem (nie tylko swoim przecież) otaczać. Zauważyłam ostatnio, że wolę mieć mniej rzeczy, za to lepszej jakości. Nie kupię tandetnej herbaciarki z wyprzedaży w supermarkecie. Wolę lepszą, droższą trochę, ale ozdobioną przez kogoś techniką dekupażu. Bo wiem, że w jej stworzenie włożono dużo serca. To przedmiot z duszą…

Przedmioty z duszą i dobrej jakości w otoczeniu podnoszą jakość życia, uczą uważności, dają odrobine luksusu. Ileż lepiej smakuje wino z wysokiej jakości kieliszków Witek’s, na które zachorowałam ostatnio, a które zaprojektował ktoś z pasją (szeroki wybór takich kieliszków znajdziecie tutaj: http://witeks.pl/szklo-bezbarwne-kieliszki – te z pawim piórem kiedyś będę miała, na pewno!). O ileż bardziej smakuje potrawa ugotowana w wysokiej jakości garnku. Ileż przyjemniej patrzy się na ścianę, na której wisi obraz namalowany przez miejscowego artystę, zamiast hurtowo drukowanych posterów. Albo portret mojego dziecka, też malowany przez ludową artystkę, oprawiony w delikatną, drewnianą ramę…

Wiem, że proces sprzątania, ograniczania przedmiotów w otoczeniu jest bolesny. Ale wiem też, jak dobre przynosi efekty. Wiem, jak trudno pozbyć się nawyku kupowania bibelotów, gdy przez całe życie z wakacji przywoziło się figurki statków, breloczki, dzwoneczki itd., tłumacząc to sobie potrzebą kolekcjonowania wspomnień. Ale wiem też, że więcej radości sprawia zaoszczędzenie tych kilku złotych a w zamian zafundowanie sobie ciekawych przeżyć: ot choćby wycieczki rowerowej, ot choćby wyjścia na dobrą (ale taką naprawdę dobrą) kawę. Albo kupienie tych kieliszków z pawim piórem…

Advertisements

2 thoughts on “Nie ilość, a jakość… czyli refleksje przy stragane z pamiątkami…

  1. Wspaniałe spostrzeżenia. Mam te same refleksje co do prezentów… i dlatego nie biorę udziału w tych popularnych wymiankach blogowych. Kiedyś brałam. Mam wrażenie, że niektózy wysyłają to, co im zbywa po posprzątaniu szuflad…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s