Rozprawiam się z bałaganem: buty

Jakiś czas temu pisałam o książce Joanny Glogazy „Slow fashion”. Bardzo mnie ta książka zainspirowała i w końcu zebrałam się w sobie i postanowiłam zrobić porządek z przestrzenią wokół siebie.  Minimalizm od dawna mnie pociąga. Bliska mi jest filozofia, która stawia przede wszystkim na jakość przedmiotów, jakimi się otaczamy. Ich ilość nie jest ważna. Sama powoli zaczynam doświadczać tego, że mniej znaczy więcej, a harmonia wokół sprzyja harmonii wewnętrznej. Odchudzam więc wszystkie moje zbiory po kolei: przyjdzie czas i na książki i na scrapowe przydasie (choć tych niepotrzebnych pozbyłam się już przy okazji bazarku na Śląskim Zlocie, teraz pozostaje tylko nie kupować kompulsywnie). Najtrudniej będzie z szafą. Do odchudzania garderoby miałam już kilka podejść, ale wciąż jeszcze przede mną długa droga… Postanowiłam przystąpić do ostatecznego starcia. Na pierwszy ogień poszły… buty!

d7b99d45eb55a1119e958642827a4427

Jakoś tak jest (nie wiem, czy inne kobiety też tak mają), że o ile ubrań mogę nie kupować przez dłuższy czas, o tyle do butów mam jakąś słabość. Do butów i torebek, bo zazwyczaj kupno nowej pary obuwia wiąże się z zakupem pasującej do nich torby, torebki, torebeczki… Najgorsze jest to, że buty kupowałam do niedawna bardzo często. Bo przecież nie mam, w czym chodzić wiosną i brakuje mi na lato sandałów, takich wygodnych na płaskiej podeszwie. A jak już mam na płaskiej to przydałyby się jeszcze takie na obcasie, do eleganckiej sukienki. I co z tego, że w ciągu całego lata założę je może raz, bo od kiedy mam małe dziecko wybieram raczej wygodniejsze obuwie? Potem wracam do domu, otwieram szafkę na buty i ustawiam tę nową parę obok innej, o której zupełnie zapomniałam. A w szafie nagle znajduję jeszcze jedne sandały. Schowane tu na zimę zapomniane czekają już trzeci sezon, a przecież są prawie nowe, wciąż modne, bo czarne, więc uniwersalne…

Pierwszym etapem mojego porządkowania butów było więc wyciągnięcie wszystkich, nawet tych zimowych. Poznosiłam je na korytarz: i kapcie, w których już nie chodzę, i półbuty, te eleganckie i te wygodne do chodzenia na co dzień. Nawet grube, zimowe. Są jeszcze buty trekkingowe, do chodzenia po górach i buty do biegania. A… i klapki basenowe. Uff… chyba wszystko. Przeglądam: jeśli zniszczone odkładam na bok, do wyrzucenia. Jeśli takie, które noszę na co dzień – na drugą stronę, te na pewno zostają. Teraz najtrudniejsze: buty, które stoją nieużywane, niemal nowe. Żal troszkę wyrzuć, ale z drugiej strony zadaję sobie pytanie: czy ja naprawdę potrzebuję aż czterech par eleganckich szpilek? Przecież i tak nie mam okazji, by je wkładać. Zostawiam te brązowe, najbardziej wygodne i chyba najbardziej uniwersalne ze wszystkich. Po namyśle zostawiam jeszcze białe. Na jakąś letnią imprezę będą idealne, a przecież pamiętam, jak dużym problemem było znalezienie takich jasnych butów. Resztę wkładam do worka z rzeczami do oddania. Ja w tych butach nie chodzę, ale może komuś się przydadzą?

Zostawiam też buty trekkingowe, do biegania, nieśmiertelne chyba klapki basenowe. Dwie pary sandałów: jedną na co dzień, drugą bardziej elegancką. Takich decyzji, czasem trudnych, muszę podjąć jeszcze kilka. Kuszą te buty, żeby je zostawić, ale z drugiej strony… Staram się być uczciwa wobec siebie i za każdym razem zadaję pytanie: po co mi one? Czy tylko po to, by mieć świadomość, że je mam? Czy może rzeczywiście z nich korzystam? Jeśli nie korzystam – wyrzucam, komuś się przydadzą. U mnie tylko się kurzą…

W ten sposób zmniejszyłam ilość swoich par butów o około połowę. Wiecie, jakie to fantastyczne uczucie? Naprawdę. Moment, w którym wyrzuciłam te zniszczone buty i zawiązałam worek z tymi do oddania był momentem, w którym poczułam się jakby lżej. Jakby kolejny niepotrzebny bagaż ktoś ze mnie ściągnął. Ale przecież to jeszcze nie koniec…

Z butami problem jest taki (przynajmniej w moim przypadku), że strasznie trudno utrzymać w nich porządek. Zazwyczaj zajmują pół podłogi w przedpokoju. Rozwiązanie? Szafka na buty. Jakiś czas temu znalazłam taką: http://erabox.pl/szafka-na-buty. Patent z metalową szafką podejrzałam u teściów. Wygodna i wcale nie wygląda źle. Oczywiście pod warunkiem odpowiedniego dopasowania do wnętrza…  Chyba czas wybrać się na zakupy…

Muszę przyznać, że uporządkowanie butów dało mi dużo satysfakcji. Naprawdę… Fakt, że udało mi się rozstać z kilkoma parami sprawił, że mam poczucie odniesionego sukcesu. Trochę uskrzydlona tym efektem postanowiłam ostatecznie rozprawić się z zawartością szafy. Ale to już chyba inna opowieść…

P.S.

A może ktoś ma patent, jak zmusić męża do zrobienia porządku ze swoimi butami? 😉

P.S.2 zdjęcie wypatrzone na pinterest…

Reklamy

2 thoughts on “Rozprawiam się z bałaganem: buty

  1. Z tym problemu nie mam – mam dwie pary: letnie i ….. wczesno – jesienne sznurowane, w których staram się chodzić w zimie. Choroba sama zaprowadziła minimalizm w tej sferze mojego życia…

    1. Ja mam… bardzo duży… właśnie teraz stwierdziłam, ze muszę jeszczeraz zrobić przegląd i pozbyć się kolejnych…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s