52 zmiany #2 – Nie odkładaj na później

Kolejny tydzień, kolejna zmiana. Znów posiłkuję się książeczką Leo Babauty „52 zmiany”, która towarzyszyć mi będzie pewnie przez cały rok. Przyznam, że z medytacją nie było problemu. Przyzwyczaiłam się do tego codziennego rytuału: do wstawania o 15 minut wcześniej, bo wtedy mam szansę na chwilę spokoju… I powiem Wam, że w połączeniu z porannym bieganiem lub joga (w zależności od dnia), medytacja (i towarzysząca jej pranajama pobudzająca) działa u mnie cuda… Kawa ratuję się tylko w naprawdę ciężkich momentach, zazwyczaj kiedy pogoda przytłacza i już nie mam innego pomysłu… A i tak zazwyczaj potrzeba takiego kopa pojawia się dopiero koło godziny 15/16.
No i jeszcze jeden efekt, obok takiego naładowania energetycznego. Jakoś tak inaczej podchodzę do problemów. Po prostu nie są tak duże. Stają się przeszkodami do przeskoczenia. A świat jest piękniejszy, spokojniejszy…
Medytację oczywiście zamierzam kontynuować. A od dziś wprowadzam kolejną zmianę…

kalendarz2 

Co masz zrobić dziś… zrób dziś!

Druga zmianą, do której w swojej niewielkiej książeczce namawia Leo Babauta jest… nieodkładanie na później. Autor przekonuje, że często nawet nieświadomie stojąc w obliczu konieczności wykonania jakiejś czynności, którą nie bardzo lubimy, na którą nie mamy ochoty po prostu szukamy innych, niby-ważniejszych rzeczy do zrobienia. Znam to dokładnie: kiedy miałam się uczyć do jakiegoś egzaminu, kiedy miałam napisać pracę, której nie chciało mi się pisać, nawet dziś, gdy mam się spakować na wakacje (uwielbiam jeździć, nie lubię pakowania!), znajduję milion innych prac koniecznie na już: odkurzanie, prasowanie, mycie okien, podlewanie kwiatków, sprawdzanie czy listonosz już był i czy jest coś w skrzynce, konieczne wysłanie maila, poprzestawianie książek na półce, by stały w porządku alfabetycznym, ułożone kolorami i Bóg wie, co jeszcze. Problem polega na tym, że później zostaje mało czasu i przychodzi ogromny stres. Bez sensu.

Co radzi Babauta? Ustalić sobie określoną godzinę na  „nieodkładanie”, niech to będzie dziewiąta rano. O tej porze codziennie przez dziesięć, piętnaście minut dyscyplinujemy się i skupiamy tylko na robieniu tej jednej czynności. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, w jaki sposób ma to funkcjonować. Dziesięć minut wykonywania jakiejś ważnej pracy, bez zaglądania na Fejsbuka, zerkania na telefon, przekładania książek, a potem co? Już można wrócić do tych wszystkich rozpraszaczy? Z resztą u mnie ta zmiana też już następuje niejako samoistnie. A to za sprawą plannera, który sobie sprawiłam…

Planuję, deleguję i… mam więcej czasu!

Ostatnio pisałam o zeszycie na listy od Madamy. Razem z nim kupiłam, na razie na próbę, planner. Na sto dni, z dzienną rozkładówką. Bardzo ciekawą, bo jest i harmonogram, i lista zadań. I jeszcze miejsce na wpisanie trzech priorytetów danego dnia. Wiecie, jak to działa? Genialne! Priorytety, wypisane na samej górze niejako ustawiają cały dzień. Dzięki temu, że są wyodrębnione wiem, czym zająć się najpierw (a więc nie odkładam!).  Póki co (plannera używam od tygodnia), udaje mi się zrealizować niemal wszystkie zadania codziennie. A dzięki skupieniu się na priorytetach najpierw, nawet gdy coś nagłego wypadnie, zazwyczaj najgorsze i najważniejsze mam już za sobą. Zostają zadania mniej ważne, które można albo przełożyć na później, albo… komuś zlecić…

Z tym zlecaniem to też temat rzeka. Prawda jest taka, że w czasach harcerskich, gdy miałam w swoim życiu drobny epizod piastowania funkcji kierowniczej przeszłam kilka szkoleń. Na każdym tłukli nam do głowy, że są rzeczy, którymi musimy się zająć i takie, które można komuś zlecić. Zwłaszcza, gdy te osoby w danej dziedzinie są lepszymi specjalistami. Szkoda, że wprowadzenie tego w życie zajęło mi, bagatela! hmmm… z 5 lat co najmniej. Ale teraz już wiem, że nawet jeśli mam pewną wizję, są inni, którzy ją zrealizują lepiej. Przykład? Znów wrócę do tego, co ostatnio mi chodzi po głowie strasznie i nie daje spokoju, czyli własny dom, mieszkanie. Ma być idealne. To pewne. Skoro ma być spełnieniem marzeń, musi być najlepsze. Wiem, jak ma wyglądać. Wizualizuję kuchnię, łazienkę, kolejne pokoje. Ale też zdaję sobie sprawę z tego, że:

  1. Moje wizje mogą wcale nie być genialne i okazać się niepraktyczne;
  2. Nie znam się na urządzaniu mebli, sprzęcie AGD. Wiem, czego oczekuję, nie wiem dokładnie jak zrealizować, gdzie zaplanować przebieg kabli elektrycznych albo rur z wodą;
  3. Zapewne nie mam lub nie będę miała tyle czasu, by doglądać ekipy remontowej, biegać po sklepach i szukać najlepszych mebli, sprzętu, farb i nie wiadomo czego jeszcze.

Dlatego wiem, że nadzór nad pracami wykończeniowymi zlecę firmie, takiej jak na przykład ta: http://urzadzamypodklucz.pl/. Specjaliści zajmą się moim wymarzonym mieszkaniem lepiej niż ja sama. Oczywiście nie zostawię ich samych, nie dam wolnej ręki. Jasno określę, czego chcę, na co mają zwrócić uwagę. Pewnie w niektórych momentach sprowadzą mnie na ziemie, zaproponują bardziej korzystne rozwiązania. Ale niech oni szukają (wiedzą gdzie!) najlepszej lodówki (tej z mojej listy, z wbudowanym ekspresem do kawy albo kostkarką do lodu – jeszcze nie zdecydowałam;), niech oni zaproponują najlepsze i najbardziej praktyczne farby, znajdą panele podłogowe itd… Bo ja mam przecież inne zajęcia, bardziej mnie inspirujące…

Tak zresztą można działać ze wszystkim – do gruntownego sprzątania zatrudnić panią, która zrobi to lepiej, bo się na tym zna (chyba, że lubisz sprzątać, relaksuje Cię to). Można zamawiać jedzenie z cateringu, stołować się w restauracjach (chyba, że lubisz gotować, jak ja i jest to dla Cebie zajęcie twórcze, dla mnie jest, więc to relaks a nie strata czasu – ja gotuję!). Można poprosić domowników o zrobienie zakupów (koniecznie wyposażyć męża w listę i wysłać, najlepiej z dzieckiem do sklepu, a samemu w tym czasie pomedytować, pobiegać albo… pomalować paznokcie!). Można poprosić mamę, by pojechała z dzieckiem na zajęcia pozalekcyjne i dzięki temu zyskać kilka chwil na rzeczy, które musisz zrobić – pracę (gdy pracujesz w domu, tak jak ja), sprzątanie, gotowanie obiadu… albo zasłużony relaks…

Dzięki planowaniu i organizowaniu sobie czasu udało mi się zrozumieć, że fakt, iż nie wszystko zrobię sama nie sprawi, że świat się zawali. Ba… sprawi, że świat będzie fajniejszy! Nieodkładanie na później zaś daje poczucie komfortu, spokoju i satysfakcji, że ze wszystkim udało się zdążyć…

Reklamy

6 thoughts on “52 zmiany #2 – Nie odkładaj na później

  1. Gratulacje ogromne!

    Ja się staram, ale pracując na etacie, wstając o 6 i wracając o 16-17… a potem jeszcze zajmując się w domu pracą, której w szkole wykonać nie można, a trzeba… to te rady jednak są totalnie nieprzydatne…. nie wyobrażam sobie, aby zasypiać o 12 (bo czasem do tego czasu siedzę nad tabelkami) i wstawać o 4, żeby sobie zdążyć pobiegać, pomedytować, wziąć prysznic i się wyciszyć…. przed pracą…. nie mam takiego komfortu 😦

  2. A ja myślę, żę to też jest kwestia priorytetów… OK, nie pracuję na etacie, tylko jako wolny strzelec, co oznacza, że… teoretycznie mogę sobie ustalać grafik pracy, praktycznie: muszę co chwile podejmować decyzje typu: zrobć pranie, czy zarabiać…

    Prawda jest taka, zę bieganie i medytacja sa dla mnie priorytetowe, bo dają mi energii i widze ich pozytywne skutki. Priorytetem jest dla mnie gotowanie sobie i rodzinei zdrowego jedzenia. I na to też musi być czas. Dalej jest praca, bo lubie być niezależna. Fakt, że pracuję w domu jako wolny strzelec ułatwia manewrowanie czasem. Ale to był mój wybór. Mogłam pracować w szkole i widziałam w tym dużo zalet (kontakt z uczniami, dlugie wakacje), ale własnie papierologia, marnowanie czasu na okienkach itd. mnie odstraszyły… No i pare innych rzeczy, które nie podobają mi się w polskim systemie edukacji. Wybrałam mniej kasy, być może krótsze wakacje, ale za to mogę pracować wtedy, kiedy mam na to czas. A ta praca służy temu, by moc pobiegać, pomedytować, wyjechać w góry czy zabrać dziecko na wycieczkę… Nie mam dużo pieniędzy, ale mam dokładnie tyle, ile akurat teraz potrzebuję… I dzięki temu ejstem szczęśliwa. Dzięki bieganiu, medytacji, i pracy nie-na-etacie. Choć nie wykluczam, ze być moze kiedyś…

  3. Kwestia priorytetów rozbija się u nas o kwestię pieniędzy… to ja utrzymuję wszystko – Marcin zarabia najniższą krajową i płąci 800 zł alimentów… nie mogę sobie pozwolić na niepewność jutra – bo moje (niezbyt wielkie też pieniądze) są istotne. Gdy zabraknie Mamy (a ona teraz dokonuje niezbędnych remontów i napraw), nie wiem, jak będzie… komin się wali, dach przecieka, na wakacje nie jeździmy, bo nas na nie nie stać po prostu – możemy sobie pozwolić na jednodniowe wyjazdy do rodziny co jakiś czas… i o to rozbija się mówienie o priorytetach 😦

    1. Na poczatek: nei chcę oceniać nikogo i niczyich wyborów. Zaznaczam, zebym nie została źle zroumiana. tylko Ty wiesz, jaka jest sytuacja. Prawda jest taka, ze u mnie tez nie jest różowo. Zwłaszcza teraz, gdy mój mąż nie ma pracy, za to ma złamaną rękę. Polskie szpitale neistety nei działają zbyt szybko, na operację (prawa dłon) czekaa półtora miesiaca – czas, który mógłby poświęcić na szukanie pracy. Teraz jeszcze rehabilitacja, więc poczucie stabilności aktualnie; zadne. nie czarujmy się, z mojej pracy nei da się sfinansować wypasionych wakacji, super samochodu i nie wiadomo czego jeszcze. Codziennie muszę rezygnować z jednych rzeczy, by móc pozwolić sobie na inne. Ale wciąż to mój wybór. Pracuję teraz więcej, bo u mnie ilość poswięconego na parcę czasu w prosty sposób przekłąda się na ilość zarobionych pieniędzy. Wiem, że być może wkrótce bedzie inaczej. Mam jednak wciąż ten komfort, ze to ja tak wybrałam… Dla mnie priorytetem jest poczucie niezależności. DLatego podoba mi się bieganie, bo daje poczucie wolności. Dlatego od sportów zespołowych zawsze wolałam chodzenie po górach i żeglowanie. Dlatego u mnei sparwdza się medytacja. Dlatego też wybrałam pracę niepewną, ale dającą mi poczucie satysfakcji i… poczucie wolności. Choć przyznam, musze się dyscyplinować. I pod wzgleem tego, zeby ejdnak rano siąść i zacząć parcować, a nei zajmować się Fejsbukiem, odkurzaniem, prasowaniem czy nei wiadomo czym jeszcze. I także pod wzgledem wydatków: wolę nie kupić nowego stempla Magnolii(chyba się uzależniłam) i pojechać w weekend z dzieckiem w góry… (koszt porównywalny w moim przypadku, a wejście na szlak nic nie kosztuje)…
      nie jest różowo. Ale… jest tak, jak ja chcę żeby było. Dopóki mam poczucie szczęścia i tego, ze jest tak, jak ma być. jest ok. jak to poczuciezniknie, to bedzie oznaczało, ze czas na zmiany…

  4. No właśnie – wszystko przekłada się na priorytety! Wiesz, mamy zwierzęta – same koty kosztują nas 500 zł w miesiącu, gdybym ich nie miała, to po 10 miesiącach odkładania tej sumy, mogłabym pojechac na wypasione wakacje… ale ja nie wyobrażam sobie życia bez kotów! I bez królików! I bez kur! Zawsze wybieramy…

    1. Ale z tymi zwierzętami ejst Ci dobrze. Mówiąc szczerze: nie wyobrażam sobie Ciebie siedzącej na leżaku pod palmą i saczącej drinki z palemką… Jakoś myslę, że to nei sparwiałoby Ci tyle radości, iel na przykąłd codzienne dogladanie kur czy królików! 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s