Na małym ekranie – o serialu „Wikingowie”

Przyznam – lubię oglądać seriale. Najczęściej kryminalne, w których każdy odcinek stanowi zamkniętą całość. Owszem, w serialach takich jak moje ulubione CSI, NCIS czy Anatomia Prawdy przez każdy kolejny sezon przewijają się jakieś wątki, ale nie przeszkadza to w odbiorze poszczególnych odcinków, co w moim przypadku, gdy nie mogę oglądać regularnie (na komputerze nie lubię) telewizji, jest jak najbardziej odpowiednie. Włączam takie seriale, gdy chcę odpocząć, zrelaksować się i nie mam siły ani na klejenie, ani na czytanie książek… Czasem jednak zdarzy mi się obejrzeć serial, który w każdym odcinku popycha naprzód fabułę. Takim serialem jest produkcja „Wikingowie”…

Po ten serial sięgnęliśmy z powodu zainteresowania kulturą i historią Wikingów. Obejrzeliśmy z mężem całe trzy sezony i… czekamy na kolejny! Serial podbił moje serce, naprawdę. Tak bardzo, że oglądałam po trzy, cztery odcinki naraz. Takie minimaratony z „Wikingami”, zarwane nocki i przerwa w oglądaniu z rozsądku, bo przecież rano trzeba wstać. To wszystko sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad fenomenem tego serialu…

Oczywiście tematyka jest fascynująca (przynajmniej dla mnie), fajnie pokazane kulturowo-społeczne uwarunkowania „cywilizacji Wikingów”, jeśli tak to można nazwać. Ale jest w tym serialu jeszcze coś. Oglądanie mało której produkcji wzbudza we mnie takie emocje. W tym przypadku nie mogłam ich opanować: byłam wściekła na Ragnara, że zdradził swoją żonę, kibicowałam, gdy Lagertha została jarlem, nie mogłam pohamować brzydkich słów, jakie cisnęły mi się na usta, gdy na ekranie pojawiał się król Egbert. I tak dalej… Bohaterowie nie są tutaj jednoznacznie, czarno-biali, a historia pełna jest zwrotów, zaskakujących wydarzeń. Każdy sezon trzyma w napięciu do ostatniej chwili.

W sezonie pierwszym poznajemy Ragnara, prostego Wikinga, który jednocześnie jest wizjonerem, który decyduje się na wyprawę do Anglii. To chyba najbardziej „historyczny” sezon, jeśli mogę tak to ująć. Pokazane są tutaj stosunki, jakie panowały między poszczególnymi osadami Wikingów, jest trochę o wierzeniach i obrządkach wikińskich…

W drugim sezonie główny bohater staje się przywódcą. Głównym wątkiem jest tutaj podbój Anglii i wszystko to, co z niego wynikło. Ale nie brakuje też innych wątków. Tutaj na uwagę zasługuje też fantastyczna finałowa scena, operowa niemal. Mistrzostwo sztuki filmowo-widowiskowej. Bo przecież serial „Wikingowie” to fantastyczne widowisko historyczne!

Trzeci sezon lubię chyba najmniej. A to dlatego, że dużo tutaj nawiązań do religii, religijnych wizji, religijnych rozterek. Wiem, że dla całej fabuły sezonu są one istotne, ale stanowczo mistycyzmu, moim zdaniem, jest tu po prostu zbyt wiele. Głównym wątkiem jest tutaj wyprawa na podbój Paryża. Czy zostanie zdobyty i co stanie się dalej? Obejrzyjcie sami…

Dodam tylko, że zakończenie jest równie zaskakujące, co w poprzednich sezonach i oczywiście otwiera pole do popisu twórcom kolejnego sezonu, który według zapowiedzi będzie emitowany dopiero w przyszłym roku. Już nie mogę się doczekać…

Reklamy

2 thoughts on “Na małym ekranie – o serialu „Wikingowie”

    1. Po pierwsyzm odcinku też byłam sceptyczna. Potem mnie wciągnęło, potem miałam przesyt i dopiero po przerwie połknęłam trzeci sezon. A teraz czekam na czwarty neicierpliwie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s