Dzień dobry, kocham Cię…

Zastanawialiście się czasem, czemu właśnie Wam nic nie wychodzi? Czemu życie ciągle rzuca Wam kłody pod nogi? Ja tak miałam. Zawsze było coś nie tak, jak powinno. I wciąż szukałam przyczyn wokół siebie. I to był błąd…

Zrozumiałam, o co chodzi dopiero podczas lektury jednej z książek Beaty Pawlikowskiej. Tak wiem, o tej autorce mówi się dużo. Albo się ją uwielbia, albo nie trawi. Te wszystkie krytyczne komentarze, że już nie ma, o czym pisać, że pisze o wszystkim, a skoro coś jest do wszystkiego, to jest do niczego i że lepiej zabrałaby się za pisanie o podróżach, bo na tym się zna. Może i tak. Mnie też momentami styl autorki nie odpowiada. Jest trochę infantylny i te ciągłe powtórzenia. A jednak to właśnie słowa Pawlikowskiej sprawiły, że zrozumiałam, dlaczego wciąż coś mi nie pasuje. Odpowiedź jest prosta, ale jednoczesnie trudna do przyjęcia: problem tkwi we mnie. Nic mi nie pasuje, bo sama sobie nie pasuję…

Gonimy za ideałem własnego siebie

Problem większości z nas (mój na pewno), polega na tym, że tworzymy w swojej głowie jakiś ideał samego siebie. Z czego to wynika? Byc może z wychowania, z tego, że wciąż powtarzano nam, że musimy byc tacy i tacy, a jak nie będziemy, to nie osiągniemy nic. A potem, w dorosłym życiu sami dla siebie jesteśmy za grubi, za chudzi, zbyt nieśmiali, za bardzo śmiali itd, itp… I wciąż próbujemy znaleźć w oczach iblondynkannych zaprzeczenie.

Tak bardzo chcielibyśmy usłyszeć: „Ależ nie, nie masz racji, nie wygladasz grubo w tych spodniach, a to, co zrobiłaś na imprezie wcale nie było idiotyczne. I w ogole to jesteś super!” Tylko, jak wymagać od kogoś, żeby nas doceniał, skoro sami siebie nie doceniamy? Skoro wciąż wmawiamy sobie, ze coś z nami nie tak, a potem wydajemy fortunę na cudowne kremy, suplementy diety, dajemy omamić się jakimś reklamom i wierzymy, że jak już uda nam się wyjechać (ale przecież z tą praca to się nigdy nie uda!) na te Malediwy to w końcu poczujemy się dobrze. Tylko wiecie co? Na tych wymarzonych Malediwach też coś będzie nie tak: albo pokój nie taki, łóżko źle pościelone… No i ten cellulit, jak ja się z nim na plaży pojawię? No a jeśli my będziemy myśleć tylko o tym cellulicie, to inni też o tym zaczną myśleć. Cały swiat będzie nam o nim przypominał. Tak to działa!

Samoakceptacja i zasada wzajemności

Cały klucz do szczęścia zawiera się w samoakceptacji. To takie proste: jeśli zaakceptujemy siebie takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli pokochamy siebie, to inni też nas pokochają, docenią. Jeśli przekonamy samych siebie o swojej wartości, inni dostrzegą w nas tę wartość. Taka zasada wzajemności. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie – znacie to przysłowie, prawda? Właśnie na tym to polega…

Problem w tym, że z tą samoakceptacją jest ciężko. Dużo łatwiej jest powiedzieć komuś, że jest super, że jest kochany, fantastyczny i wogóle. Najłatwiej komuś, kogo rzeczywiście kochamy miłością absolutnie bezwarunkową – taką miłością matki do dziecka. Tak, znam to uczucie. I nie chodzi o to, że moje dziecko naprawdę jest fantastyczne, bo wiem, że czasem jest marudne, niegrzeczne… Ale kocham je dokładnie takim, jakim jest – z jego alergią i problemami z tym związanymi, z jego czasem wybuchowym charakterem. Kocham go, bo jest. I na każdym kroku staram mu się przekazywać, że jest super! Po prostu, SUPER! I Każda jego decyzja jest OK. Bo jest JEGO. A on jest SUPER!  I dlatego każda jego decyzja ma WARTOŚĆ. I tę wartość należy uszanować. Jeśli jesteś mamą/tatą i zastanowisz się nad tym, pewno przyznasz mi rację, tak w głebi duszy, nawet ejśli jakiś głos próbuje Ci wmówić, że to rodzic ma ostatnie słowo…

To teraz powiedz, dlaczego nie chcesz dopuścić do swiadomości tego, że Twoje decyzje i Twoje wybory też mają WARTOŚĆ. I że ty też jesteś SUPER?!? Bo przecież, kurka, jesteś! Dlaczego tak trudno Ci stanąć przed lustrem każdego ranka i powiedzieć głośno i wyraźnie do swojego odbicia: DZIEŃ DOBRY, KOCHAM CIĘ! ?!?

Powiem Ci dlaczego. Bo gdzieś masz zakodowane, że bycie super wcale nie jest dobre, że wypada mieć wady, że wypada narzekać, bo wszyscy dookoła narzekają, marudzą. Ale marudzenie nie daje szczęścia. Wiesz, co je daje? Radość z bycia tym, kim się jest.  Akceptacja samego siebie. Tak, wiem, to trudne. Trzeba naprawdę siebie pokochać i zaopiekować się sobą, jak dzieckiem. Potraktuj się tak… Jestem pewna, że świat od razu stanie się lepszy. I w końcu pojedziesz na te Malediwy, choć może one zmienią się w Tatry, Zatokę Pucką lub Puszczę Białowieską, bo nagle okaże się, że wyjazd na drugi koniec świata wcale nie jest Ci potrzebny. Bo już znasz swoją wartość i nie musisz szukać jej potwierdzenia w oczach miłej stewardessy, czy hotelowego barmana. I nagle odkryjesz, że podglądanie żubrów i tropienie rysiów może być dużo fajniejszą przygodą niż wylegiwanie się na plaży, chocby tej uznanej za najpiękniejszą na świecie, cały dzień.

Pójdź za tym, smakuj takie życie, jakie chcesz smakować. Bez ciśnienia i bez potrzeby udowadniania sobie i innym czegokolwiek. Bo to właśnie znaczy ŻYĆ. Tak PRAWDZIWIE… I wiem, że tego trzeba się nauczyć. Sama ciągle się uczę. A pierwszym krokiem do tego jest codzienne powitanie samej siebie przed lustrem słowami: DZIEŃ DOBRY, KOCHAM CIĘ. Wypowiadanymi z czułym uśmiechem. I wiecie, co? To działa – pomaga podejmować decyzje, które naprawdę dają szczęście, ale przede wszystkim pomaga widzieć szczęście, które jest dookoła mnie. Bo ono jest tu, blisko, tylko trzeba je dostrzec… Spróbujesz?

 

Reklamy

5 thoughts on “Dzień dobry, kocham Cię…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s